Fundacja Modrak

Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 listopada 2016

Niezwykłe przypadki Tadeusza Wolańskiego

Tadeusz Wolański to chyba jedna z najbardziej ekscentrycznych postaci jakie kiedykolwiek zawitały nad Gopło. Zdobywca Moskwy, mason, alchemik, ekscentryczny badacz starożytności... Zacznijmy jednak od początku.
Tadeusz Wolański (1785-1865)
Tadeusz przyszedł na świat 17 października 1785 roku w żmudzkich Szawlach jako syn Joanny de Buch i Jana Wolańskiego. Postać ojca sama w sobie była już intrygująca. Jan, będąc dworzaninem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, zajmował się nowatorskimi w tym czasie badaniami przyrodniczymi, ale także słynął z zamiłowania do alchemii. Podobno zamiar odnalezienia kamienia filozoficznego i eliksiru młodości stał się także celem jego syna. Po ojcu Tadeusz odziedziczył także liczne kontakty ze środowiskiem masońskim, ale o tym za chwilę.
Wcześniej młody Wolański wplątał się w wir wydarzeń dziejowych. Jako młody człowiek wstąpił w szeregi armii napoleońskiej. W 1812 roku wraz z wodzem Francuzów, Tadeusz dotarł do samej Moskwy. Za swoją postawę uhonorowany został najwyższym francuskim odznaczeniem – Legią Honorową.
Napoleon w Moskwie, obraz nieznanego artysty
 Dalej wydarzenia potoczyły się już ekspresowo. Po porażce Napoleona Wolański, jak wielu innych dokonał szybkiej wolty, która nakazywała mu wkraść się w łaski cara Aleksandra. Koniec lat 10. XIX wieku to także czas jego pierwszych wprawek poetyckich. W 1817 roku Wolański wydaje Pieśni wolnomularskie na obchód Uroczystości Narodzin Najjaśniejszego Cesarza i Króla Aleksandra Igo..., rok później ukazuje się Pieśnik wolnomularski. Jak widać, nasz bohater już w tym momencie odgrywał ważną rolę w środowisku krajowej masonerii. W tym czasie był mistrzem katedry i założycielem „sprawiedliwej i doskonałej loży Święto Jańskiej pod nazwiskiem Doskonałego Zjednoczenia na Wschodzie” we Włocławku.
W 1818 roku Tadeusz Wolański został landratem inowrocławskim. Przenosiny na teren zaboru pruskiego należy w jego wypadku wiązać ze ślubem z Wilhelminą Schretter, której majątkiem były Rybitwy pod Pakością. Wolański nadal kontynuował swoje masońskie posłannictwo, w 1820 roku założył w Inowrocławiu pierwszą lożę “Pod Krzyżem Rycerskim”. Pan Tadeusz został jej prezesem, a później członkiem honorowym. Uczestniczył także w spotkaniach innej loży inowrocławskiej “Hermes Trismegistus pod ogniem niebieskim”. Urząd landrata sprawował aż do 1835 roku. Mniej więcej pod koniec swojego urzędowania zakupił podkruszwicki majątek Wróble.

I byłby to zapewne życiorys jakich wiele, gdyby nie fakt, że Wolańskiemu zamarzyło się być naukowcem. Pan Tadeusz uległ modnej w dobie romantyzmu tendencji do badania początków naszych dziejów. Polska to jednak było dla Wolańskiego za mało, postanowił wyjaśnić dzieje niemal całej ludzkości. Pan na Wróblach (podpisując się Wolański nie zapominał tego zaznaczyć) podszedł do sprawy niezwykle oryginalnie, twierdząc, że ludem, który de facto stworzył znaną nam cywilizację są Słowianie. W liście do przyjaciela Wolański o swych odkryciach pisał tak: Trzeba wspierać wszystkie zbiory narodowe, bo przecież składamy wszyscy jedną tylko wielką familię od Czarnego do Bałtyckiego Morza, od lodów północnego bieguna aż za Karpaty! Co mówię? Alboż to Italia, Indie i Persja – nawet Egipt – nie starczą pomnikami słowiańskimi? Bądź w głazach, bądź w narzeczach? Alboż to Zoroastra księgi życiodawcze (Zę=daszta), alboż to rudera Babilońskie, pomniki Dariusza, szczątki Parsa=hrada (Persepolis) pokryte pismami klinowatymi, nie zawierają dosyć jeszcze zrozumiałą słowiańszczyznę? Anglicy, Francuzy i Niemcy patrzą na to, jak kozioł na wodę. Nam Słowianom tylko rzeczy te zostawione są do badania i wierzaj mi Pan, że dojdziemy do celu jeśli tylko dzieci i wnuki nasze (to jest Pańskie i moje) zechcą wstępować w nasze ślady![…]”
Dzieci i wnuki jednak drogą pana Tadeusza nie poszły… Nie chcieli go słuchać i współcześni, gdy dowodził, że język etruski to nic innego jak zniekształcona mowa rosyjska. To niezwykle, ale jednak nie uznane przez świat naukowy spostrzeżenie, pozwoliło mu stwierdzić, że król Popiel (w którego istnienie rzecz jasna Wolański nie wątpił) przybył do Polski z Rzymu. Nasz badacz miał także odkryć rzymskie epitafium z I w. n. e. wystawione niejakiemu "Awiłłowi Leszkowi", w którym i dziś różni słowianofile widzą naszego rodaka.
Z resztą zerknijmy na przykład  rozumowania Wolańskiego, które odnosi się do interesującej nas kwestii śladów pogaństwa nad Gopłem. Inspiracja stał się dla niego obraz wiszący ongiś w kruszwickiej Kolegiacie oraz swastyka wyryta na północnej ścianie budowli.

Źródło: http://poselska.nazwa.pl/wieczorna2/historia-nowozytna/tadeusz-wolanski-o-zburzeniu-kruszwickich-balwanow
Nie trzeba być Einsteinem, aby domyśleć się, że słynne maski z inowrocławskiego kościoła Ruina, to zdaniem Wolańskiego także pogańskie pomniki.
Nasz historyk pozostawił po sobie niezwykle ciekawe zbiory starożytności, ale późniejsi badacze podchodzili do nich z niekłamaną rezerwą, widząc wśród nich liczne falsyfikaty i jarmarczne bibeloty (krytykował je chociażby Józef Ignacy Kraszewski). Trzeba jednak oddać Wolańskiemu sprawiedliwość jako numizmatykowi. Jego zbiory monet i poświęcone im opracowania były pionierskie dla tej dziedziny. "Pan na Wróblach" posiadał także liczną kolekcję muszli, minerałów, motyli i wypchanych ptaków.
Wolański w chwili obecnej ceniony jest zwłaszcza w Rosji, która wydaje ponownie jego zapomniane w rodzimym kraju książki. Wszak nie od dziś Moskwa stara się udowodnić, że jest „Trzecim Rzymem”. Wolański nie krył swojej sympatii do panslawizmu i pogaństwa, toteż i dziś w obu tych środowiskach cieszy się poważaniem.
Jakim ziemianinem był pan Tadeusz? Informacji na ten temat zachowało się niewiele. Z pewnością Wolański miał bardzo dobre relacje z dziedzicami Konar, u których dzieci był ojcem chrzestnym. Najtrwalszym śladem po jego bytności w naszej okolicy są jednak Wolany. To właśnie od imienia dzielnego dziwaka wzięły one swoją nazwę. Wieś wydzielono z Wróbli w połowie XIX wieku, głównie nastawiając ją na prace związane z wyrębem drzewa. Dziedzic był tak dumny z ufundowania przez siebie nowej osady, że w swoich późniejszych dziełach podpisywał się „Thadeus Freud von Wolan Wolański”.
Nasz bohater zmarł 16 lutego 1865 roku w Ryńsku pod Wąbrzeźnem. Wcześniej zdążył przekazać majątek we Wróblach w ręce syna Juliusza, który zapewne otrzymał imię na cześć słynnego rzymskiego wodza. Jego żoną była Maria de Pruskie. Syn Tadeusza nie radził sobie z gospodarowaniem na majątku. Dość szybko zabrakło mu pieniędzy i został zmuszony do sprzedania folwarku. Zapoczątkował tym samym czarną serię bankructw, która będzie wisiała nad obszarem dworskim Wróble właściwie do końca jego istnienia. 
 

Z twórczością Wolańskiego można zapoznać się, klikając w poniższe linki:




środa, 22 czerwca 2016

Na tropie Maszenickich skarbów


Maszenice to dzisiaj bardzo spokojna miejscowość. Blisko 1000 lat temu miały tu jednak miejsce dramatyczne wydarzenia. Wiemy o nich dzięki odkrytemu w tej wsi skarbowi...

Wszystko działo się pewnej jesieni między 1875 a 1880 rokiem. W czasie rutynowej orki, na niewielkim pagórku w pobliżu granicy niemiecko-rosyjskiej, jeden z robotników rolnych zauważył coś bardzo dziwnego. W pozostawionej przez płóg bróździe, dostrzegł on dwa gliniane naczynia. Podczas próby wyciągnięcia znalaziska, z uszodzonych garnców wysypała się błyszcząca zawartość. Tak w Maszenicach odnaleziono jeden z cenniejszych skarbów odkrytych kiedykolwiek na Kujawach.

Część zbiorów dość szybko „ulotniła się” w nieznanych okolicznościach, niemniej większość znaleziska w 1880 roku przekazano placówkom naukowym w Poznaniu i Toruniu. Losy skarbu złożonego w stolicy Wielkopolski pozostają nieznane. Znacznie więcej wiemy za to o tej części, którą pan Grajewski z Głębokiego przetransportował do Torunia. W 1907 roku maszenicki skarb został dokładnie zbadany i opisany przez ks. Kazimierza Chmieleckiego.

Co jednak ważne, znalezisko przetrwało do dzisiaj i znajduje się w zbiorach toruńskiego Muzeum Okręgowego. Na skarb składa się 220 całych monet oraz 566 ich fragmentów. Wszystkie pochodzą z X oraz XI stulecia i świadczą o szerokich kontaktach handlowych w państwie pierwszych Piastów. W maszenickim skarbie odnajdujemy monety bizantyjskie, arabskie, anglosaskie, duńskie, włoskie, niemieckie, polskie, czeskie i węgierskie. Nie mogło zabraknąć także srebrnej biżuterii reprezentowanej przez kabłączki (ozdoby przypinane do nakrycia głowy w okolicach skroni), zausznice, paciorki, wisiorki czy klamry pasków. Większość z nich przez lata spędzone w ziemi, uległa dość poważnym uszkodzeniom, niemniej kunszt średniowiecznych artystów nadal zachwyca. Całość zbiorów uzupełniają srebrne ułomki i blaszki.

Choć dzisiaj maszenicki skarb cieszy oczy, to jednak trzeba pamiętać, że jest on najprawdopodobniej zapisem wielkiej tragedii. W końcu ludzie bez powodu nie zakopują swoich dóbr w odludnym miejscu. Kluczem do wyjaśnienia tego, co mogło wydarzyć się przed wiekami w Maszenicach jest datowanie znalezisk. Najmłodsza znaleziona moneta została wybita między 1027 a 1038 rokiem i zapewne w okolicach tej ostatniej daty złożono skarb do ziemi. W dziejach naszego państwa był to czas wyjatkowo niespokojny. W latach 1831-39 dochodzi do najazdu niemieckiego, kijowskiego i szczególnie dotkliwego czeskiego. Kraj pogrąża się w anarchii – niszczone są kościoły, zabijani możni. Zapewne w takich okolicznościach nieznany nam z imienia właściciel dóbr w MAszenicach ukrywa swoje skarby. Skoro jednak po nie nie wrócił, możemy tylko domyslać się jaki spotkał go los...

Część skarbu z Maszenic (K. Chmielewski, Wykopaliska monet i srebra..., Toruń 1907) Szczególną uwagę warto zwrócić na obiekt nr 11 - to kaptorga, czyli niewielkie pudełko do przenoszenia wonności lub relikwii, które zawieszano na szyi. Znaleziony w Maszenicach eksponat pochodzi prawdopodobnie ze Skandynawii. Wskazuje na to popularny motyw drzewa życia.


W kolejnych stuleciach dzieje wsi były już znacznie spokojniejsze. W XIV-wiecznych dokumentach, miejscowość nazywano Maseniczami. Dowiadujemy się z nich także, że dziedzicem wsi był niejaki Walenty, od miejsca zamieszkania nazywany Maszeńskim (herbu Nowina). Na początku wieku XV właścicielem Maszenic był inny przedstawiciel rodziny - kleryk diecezji włocławskiej Jakub Stanisław. Maszeńscy okazali się wyjątkowo żywotnym rodem, bo informacje o kolejnym jego przedstawicielu - Mikołaju mamy jeszcze w 1588 roku.

W dalszych stuleciach wieś dzieliła swoje losy wspólnie z Głębokim, gdyż stała się własnością miejscowych dziedziców. Były to rodziny Zaborowskich, Jeżewskich i  w końcu Twardowskich. W wyniku rozbiorów Maszenice stały się miejscowością nadgraniczną. Władze pruskie podjęły decyzję o ulokowaniu we wsi posterunku granicznego. W tym czasie wieś funkcjonowała jako folwark. Pod koniec XIX wieku znajdowało się tutaj 6 domów zamieszkiwanych przez 112 mieszkańców.

Z tymi, którym mało nadal skarbów, chciałbym podzielić się jeszcze jedną informacją. W gnieźnieńskim archiwum archidiecezjalnym znajduje się ciekawa notatka z lat 70. XIX wieku. Sporządził ją świeżo upieczony proboszcz parafii w pobliskich Piaski. Ksiądz informował w niej, że miejscowa ludność wspominała mu o istnieju ongiś w Maszenicach starej kaplicy. W czasach proboszcza była to już jedynie opowieść, nikt nie znał lokalizacji obiektu. Być może relikty tej świątyni nadal znajdują się gdzieś w tej miejscowości?

czwartek, 1 października 2015

Odkrywając Askaukalis

O stanowisku archeologicznym w Kruszy Zamkowej głośno jest już od lat 60.. Trzeba jednak odwiedzić je osobiście, aby zdać sobie sprawę ze znaczenia tego miejsca...



Jak wiele historii, także i ta zaczyna się nie pozornie, bo od zwykłego rolnika - pana Juliana Patera. Otóż pewnego dnia, podczas prac polowych, odnalazł on na swoim polu trudną do zidentyfikowania monetę. Kto wie jakby potoczyły się losy "drugiego Biskupina" gdyby nie mądrość Pana Juliana, która kazała mu skontaktować się w sprawie znaleziska z naukowcami. Nie trzeba było długo czekać, aby okazało się, że moneta przedstawia Antonina Piusa - rzymskiego cesarza z II w. n.e..

Wkrótce w Kruszy pojawili się archeolodzy z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracami prowadziła prof. Aleksandra Cofta-Broniewska. Już pierwsze wykopy przyniosły niezliczone znaleziska z okresu wpływów rzymskich. Paciorki, figurki, ozdoby - to był jedynie wierzchołek góry lodowej, która nagle wyłoniła się na kujawskiej równinie.

Nagromadzenie znalezisk jednoznacznie pozwoliło stwierdzić, że w Kruszy znajdowało się znacząca osada handlowa. Zidentyfikowano ją jako Askaukalis. Nazwa ta widnieje na słynnej mapie Ptolemeusza obok dwóch innych na ziemiach polskich - Calisii (Kalisz) i Setidawy (prawdopodobnie Konin). Można więc powiedzieć, że Krusza Zamkowa to najstarsza polska wieś. Uprawą roli jej mieszkańcy zajmowali się jednak w niewielkim stopniu. Przede wszystkim w Askaukalis kwitł handel - było to jedno z ostatnich miejsc, w którym można było zaopatrzyć się w dalszą drogę na północ. Osada nie była jednak tylko postojem dla "starożytnych TIR-ów". Działały tu także warsztaty obróbki soli czy bursztynu. Podróżni mogli również odwiedzić kilka świątyń (rekonstrukcję jednej z nich możemy oglądać we wsi od 2014 roku).

Pole pana Patera, mimo intensywnych badań archeologicznych, nadal skrywa tysiące przedmiotów z kamienia, rogów, gliny czy metalu. Co więcej, pod zabytkami z czasów rzymskich natrafiono na obszerne pozostałości neolityczne. Są to nie tylko znakomicie zachowane relikty domostw, ale także rytualne pochówki prahistorycznej arystokracji.

Wszystko to nie ujrzałoby światła dziennego gdyby nie pan Julian. Mógł przecież schować monetę do kieszeni, mógł ją sprzedać, mógł wreszcie zniszczyć stanowisko archeologiczne. Nie da się bowiem ukryć, że wielu z nas pracę archeologów traktuje jako problem przy budowie domu lub uprawie pola. Pan Julian nie był jednak krótkowzroczny i dziś tego niepozornego rolnika możemy uważać za jednego z największych odkrywców w dziejach rodzimej archeologii.

Niestety, Pan Julian zmarł w 2013 roku. Jego dzieło kontynuuje syn Krzysztof znany w okolicy jako "strażnik Askaukalis". To niezwykle sympatyczny i skromny człowiek, dla którego archeologia stała się życiową pasją. Warto chociaż na chwilę przystanąć przy tzw. Paterówce i obejrzeć rekonstrukcję świątyni z II w. oraz ładnie zaprojektowane tablice informacyjne. Przy odrobinie szczęścia natrafimy i na Pana Krzysztofa, który odczaruje dla nas stojące wokół kamienie, w których nagle dostrzeżemy niezwykły skarb przeszłości.

Krusza na pewno nie raz nas jeszcze zaskoczy. Wiele znalezisk jest właśnie poddawana naukowym ekspertyzom. Rezultaty mogą być niesamowite. Jeśli przypuszczenia się potwierdzą, to o Kruszy nie przeczytacie na naszym blogu, ale usłyszycie o niej w telewizji. Póki co, nie zdradzamy jednak szczegółów - po prostu do Askaukalis trzeba się wybrać i tam zasięgnąć języka :)

wtorek, 15 września 2015

Kilka słów o wsi Piecki

Początki wsi Piecki sięgają zamierzchłej przeszłości. Ta spokojna dziś wioska może poszczycić się mianem jednej z najstarszych na ziemi nadgoplańskiej.

Figura w Pieckach


Prowadzone pod koniec lat 80. XX wieku wykopaliska archeologiczne wykazały, że pierwsi ludzie postanowili osiedlić się w Pieckach już 6,5 tys. lat temu. Na obszarze dzisiejszej miejscowości musiała istnieć osada z epoki kamienia, a także cmentarzysko. Potwierdzeniem tego jest odnalezienie kompletnego pochówku 30-letniej kobiety. Co ciekawe, bardzo prawdopodobne jest, że Piecki już w czasach prehistorycznych mogły pochwalić się ciągłością osadnictwa. Archeologom udało się bowiem odnaleźć kolejny grób – tym razem nastoletniego mężczyzny żyjącego w połowie III tysiąclecia p.n.e.. Z pewnością to nie koniec sensacyjnych odkryć z tej miejscowości, gdyż dzięki zdjęciom lotniczym wiemy, że pod powierzchnią ziemi, nadal znajdują się potencjalne stanowiska, które miejmy nadzieję, zainteresują kolejne pokolenie badaczy.
Piecki były także ważną osadą, gdy rodziło się Państwo Polskie. Pierwszą wzmiankę o wsi odnajdujemy w dokumentach z XIII wieku. Podobnie jak wiele innych miejscowości w okolicy, Piecki stanowiły własność kościelną. Wiemy, że w XV wieku dochody z osady czerpali kanonicy kruszwiccy. W połowie XVI wieku miejscowość dzieliła się na tzw. Piecki Małe i Piecki Wielkie. W pierwszych, położonych bardziej na północ, mieszkało pięciu gospodarzy, a każdy uprawiał po łanie ziemi (ok. 16 ha). Z kolei w Pieckach Wielkich łanowych gospodarzy było siedmiu. Poza tym we wsi znajdowało się duże, bo składające się z dwóch łanów gospodarstwo sołtysa oraz niewielki zakład, nieznanego nam niestety z profesji, rzemieślnika.
Wracając do kanoników kruszwickich, którzy dzierżyli część wsi, warto wspomnieć zwłaszcza Stanisława Grochowskiego. Jego nazwisko nie mówi dziś wiele przeciętnemu zjadaczowi chleba, a szkoda, gdyż w czasach Zygmunta III Wazy była to postać znana i podziwiana. Grochowski, oprócz bycia kapłanem i częstym gościem królewskiego dworu, parał się także poezją. Należał do najlepszych autorów swojej epoki, a jego modlitwy i pieśni do dziś budzą zachwyt wśród literaturoznawców. Wśród twórczości Grochowskiego znajdziemy także wiersz opisujący Piecki. Początkowo autor skarży się, że jest to osada uboga, a mu przychodzi mieszkać w podniszczonym dworku po którym hula wiatr. Z drugiej strony Grochowski zauważa piękno przyrody i panujący we wsi spokój. Nic dziwnego, że w końcu zapisze w swoim wierszu: „imię ma swoje małe Piecki wioska, na małych rzeczach, mała bywa troska”.
W 1772 roku miejscowość znalazła się pod zaborem pruskim, a jej nazwa uległa drobnej zmianie na Pietzki. Przez całą swoją historię wieś zachowała gospodarski charakter. Świadczą o tym nazwiska dzisiejszych rolników, które z powodzeniem odnajdziemy w tym samym miejscu także w dokumentach z początku XIX wieku. W połowie stulecia w czterech domach Piecków Małych mieszkało 47 osób. Z kolei Piecki Wielkie składały się z 16 domów. Zajmowało je 142 mieszkańców (w tym 120 katolików i 22 protestantów). Obszar obu wsi wynosił 385 ha. Pod koniec XIX wieku największe, liczące sobie 47 ha gospodarstwo, należało do Jakuba Miecha. Na przełomie wieków pobudowano szkołę, której uczniowie w 1906 roku przyłączyli się do strajku w obronie języka polskiego.
W 1921 roku we wsi znajdowało się 20 domów. Mieszkało w nich 111 mężczyzn i 110 kobiet. Wszyscy byli Polakami i z jednym wyjątkiem - katolikami. Czasy międzywojenne to okres dużej aktywności mieszkańców Pieck. We wsi działało wtedy kilka ciekawych organizacji. Młodzież męska garnęła się przede wszystkim do Związku Strzeleckiego. Prężną działalność prowadziło także Kółko Rolnicze i Koło Świetlicowe. W Pieckach swoją siedzibę miała także drużyna harcerska im. Kazimierza Wielkiego. Prowadził ją kierownik szkoły – Jan Waliński.
Choć mieszkańcy wsi opierali swoje gospodarstwa raczej na tradycyjnych uprawach, to warto jednak odnotować, że powstała tu jedna z pierwszych hodowli jedwabników na Kujawach. Piecki nie mogły obyć się w tym czasie również bez znanej na całą okolicę kuźni.
Po wojnie utworzono w Pieckach PGR, który jednak dość szybko przekształcono w Spółdzielnię Kółek Rolniczych. Dzięki swojemu dogodnemu położeniu we wsi między 1960-1972 swoją siedzibę miała Gromadzka Rada Narodowa.

Dominik Robakowski