Fundacja Modrak

Szukaj na tym blogu

środa, 21 września 2016

O krzyżach i kapliczkach z Ireneuszem Gregowskim

Czasem są prawdziwymi dziełami sztuki, czasem mamy wrażenie, że widzieliśmy już setkę podobnych. Przydrożne krzyże i kapliczki, bo o nich mowa, wrosły w nasz krajobraz tak bardzo, że często nawet ich nie zauważamy. Na szczęście widzi je Pan Ireneusz Gregowski, który od blisko 10 lat przemierza powiat inowrocławski, aby uwiecznić za pomocą aparatu te niezwykłe przykłady ludowej pobożności. Na co dzień jego pracę możemy oglądać na facebookowym profilu Krzyże i Kapliczki Powiatu Inowrocławskiego, do którego odwiedzenia serdecznie zapraszamy. Podobnie jak i na rozmowę z Panem Ireneuszem o jego niecodziennej pasji.
Karczyn. Następca drewnianego krzyża wtopiony w Kujawski krajobraz. /2015/
Jak to się w ogóle w Pana przypadku zaczęło? Skąd pojawił się pomysł?
Zaczęło się od kupna najzwyklejszego cyfrowego aparatu. Fotografowałem to co najbliżej, to co wydaje się być najbardziej powszednie, i być może przez tę powszedniość nieczęsto było utrwalane na kliszach czy, później, kartach pamięci. Fotografowałem to co - tak mi się zdawało - czekało na swoje zdjęcie od dziesięciu, dwudziestu lat, albo od zawsze. To co sam chciałbym zobaczyć na zdjęciu z przed tych te paru dziesiątek lat. Z czasem temat fotografowania ukierunkował się na przydrożne (choć nie tylko przyrożne) krzyże i kapliczki. Rarytasami są dziś zdjęcia tych budowli zrobione przez pasjonatów w latach 90. ub. wieku, o starszych już nie wspominając. Dzisiejsza łatwość w dostępie do sprzętu fotograficznego i szerokie łamy internetu rozszerzyły zdecydowanie krąg zainteresowanych tematem i powaliły nie tylko na bieżącą prezentację swoich zbiorów, ale i możliwość natychmiastowej wymiany spostrzeżeń i doświadczeń. Zbiory obfotografowanych obiektów swoje miejsca znajdują też w coraz częstszych regionalnych opracowaniach wydawanych w formach coraz atrakcyjniejszych graficznie publikacji książkowych. Nasze czarnokujawskie przydroże w porównaniu z innymi regionami Polski (Warmia, Podlasie, góry) nie przyciąga może aż tak swoją wyjątkowością. Czy słusznie? Do tej pory nie poświęcono jemu jakichś obszerniejszych tekstów (najciekawszym, wydanym w formie książkowej, zdają się być "Kapliczki i figury przydrożne z okolic Inowrocławia" Edmunda Konieczki, wydane w 2006 r. w nakładzie 70 egzemplarzy). Nie wspomniano o jego, często tragicznych, losach. I to są, myślę, powody żeby oddać się sprawie. Granice mojego fotografowania równają się granicom powiatu inowrocławskiego. Pozornie to niezbyt duży teren, ale liczba blisko pięciuset krzyży, kapliczek i figur postawionych w jego granicach stanowi spore wyzwanie. A to moje wyzwanie to skatalogować, czyli sfotografować i opisać choć skromnym zdaniem, te wszystkie przydrożne oznaki katolickiej wiary.
Bliźniacze kapliczki z sąsiadujących ze sobą wsi: Słońska, Balina i Latkowa (pierwsza z prawej - nieistniejąca już kapliczka z Balina)
Z pewnością musi się Pan spieszyć - część miejsc odchodzi powoli w zapomnienie...
Słowa Zygmunta Glogera - historyka i krajoznawcy - wypowiedziane ponad wiek temu mogą być mottem tego przedsięwzięcia: "stare te zabytki wiejskiej sztuki i budownictwa giną z rokiem każdym i przyjdą czasy, w których z powodu samej starości zanikną zupełnie. Dopóki więc istnieją tu i ówdzie, choć nie zawsze piękne lub ciekawe, ale zawsze dające obraz miejscowej kultury, powinny być ołówkiem lub fotografią odtworzone i zebrane z całego kraju".
W czasie mojego krótkiego, bo nie trwającego nawet dekadę fotografowania, pożegnałem już kilka kapliczek. W Gnojnie ząb czasu zniszczył drewnianego świątka wyrzeźbionego przez Stanisława Fijołka, w Balinie budowa obwodnicy zmusiła do przeprowadzki figurę Matki Bożej do nowej kapliczki (starej, ze względu na wiek, nie udało się przenieść w nowe miejsce), w okolicach Popowic starą, niezbyt ciekawą architektonicznie, acz tajemniczą kapliczkę zamieniono na Frasobliwego, który powstał spod dłuta rzeźbiarza Romana Kiełba.
Nieistniejąca kapliczka w okolicy wsi Popowice /2008/

 Nie do poznania, po ostatnich renowacjach, zmieniły się kapliczki w Sławęcinie i Łojewie, w zapomnienie poszła św. Barbara z Tuczna oraz ponad stuletni kamienny Jezus Chrystus z Grodztwa uszkodzony podczas wichrów przechodzących kilka lat temu przez Kujawy. Ale dla równowagi warto odnotować też nowe kapliczki i krzyże, jak chociażby te wzniesione w Kłopocie, przy remizie w Woli Wapowskiej, w Giżewie (d. Cykowo), w Marulewach czy krzyż w Gąskach.
Tuczno. Figurka św. Barbary wymieniona kilka lat temu na nowszą /2008/
 Czy działa Pan na podstawie jakiegoś ściśle określonego planu czy raczej zdjęcia wykonywane są "przy okazji"?
Na początku nasze wyprawy z aparatem (piszę "nasze" jako, że często towarzyszył mi w nich brat Mariusz) to były całodniowe przeczesywania terenów danej gminy. Takie pierwsze poszukiwanie odbyło się w lutym 2008 r. Objechaliśmy wówczas ważniejsze trakty gminy Rojewo, raczej nie zasięgając języka u mieszkańców, a fotografując jedynie to co postawiono przy samej drodze. Potem przyszedł czas na inne tereny. Wówczas katalog kapliczek rósł w błyskawicznym tempie. Później wyszukiwaliśmy te pominięte, ukryte w jakichś mało oczywistych punktach, o których istnieniu można było dowiedzieć się wyłącznie dzięki wskazówkom osób zamieszkujących w ich najbliższym sąsiedztwie.
Przypomina sobie Pan kapliczkę, która wyjątkowo dobrze się przed wszystkimi schowała? Do której najtrudniej było dotrzeć?
Najwięcej zachodu było przy próbie obfotografowania figurki Matki Bożej stojącej w Ostrowie Krzyckim. O jej istnieniu wiedziałem od Mamy, która w latach 50. XX wieku mieszkała w tej miejscowości. Potem tereny, na których stała figurka zamieniono na wojskowy poligon i tak jest do dzisiaj. Aby się tam dostać z aparatem trzeba uzyskać specjalne upoważnienie od dowódcy inowrocławskiej Brygady, a samo wejście na poligon i fotografowanie odbywa się pod czujnym okiem ochrony zamkniętego terenu. Tu nawiasem nadmienię, że podczas tego mojego - ogólnie mówiąc - zajmowania się kapliczkami trzy razy próbowałem nawiązać kontakt z poważnymi instytucjami: jedną z parafii, poważnym muzeum i jednostką wojskową. Tylko wojsko odpowiedziało na moje zapytanie... 
Sporo zachodu było też przy próbie sfotografowania krzyża stojącego na półwyspie Potrzymiech (niemal cudownie ocalałego z pożaru, który w 2012 r. nawiedził nadgoplańskie trzcinowiska). Jest to teren Nadgoplańskiego Parku Krajobrazowego i nie dość, że przejazd autem dozwolony jest tylko na pewnym odcinku, to ostatni etap (jakieś kilkaset metrów) trzeba pokonać przedzierając się przez bujne chaszcze szczelnie maskujące jakąś dawną drogę. Krzyż stoi na granicy powiatów inowrocławskiego i mogileńskiego.
Krzyż na półwyspie Potrzymiech. /2015/

Podobny dystans i w podobny sposób musiałem przebrnąć, aby sfotografować pozostałości po kapliczce stojącej na skraju Skotnik. Dużo trudności można napotkać też w dotarciu do krzyży, które są ostatnim znakiem wskazującym dawne cmentarze ewangelickie, żydowskie, wielowyznaniowe czy poepidemiczne, a których co najmniej kilkanaście można odszukać na terenie powiatu inowrocławskiego (m.in. w Brannie, Kołudzie Wielkiej, Rejnie). Zdarzało się, że wskazówki o istnieniu i możliwościach dotarcia do jakiejś nie odkrytej przeze mnie kapliczki znajdowałem na stronach internetowych osób bądź grup miłośników, które - podobnie jak ja - zatrzymują obraz z kapliczką w prostokącie zdjęcia.
Krzyż w okolicy wsi Rejna - pozostałość po cmentarzu poepidemicznym. /2014/
Czy spośród sfotografowanych przez Pana obiektów da się zauważyć jakieś zależności, np. czy w jednym miejscu dominują takie a nie inne formy kapliczek? Czy są jakieś zależności, które Pan podczas swoich działań zauważył?
Na szerszą skalę, myślę, że trudno mówić o jakimś kujawskim stylu. Podobieństwo niektórych kapliczek czy krzyży to prawdopodobnie rezultat pracy jednego budowniczego - murarza, stolarza, rzeźbiarza... Taki przypadek, najbardziej widoczny spotkać można we wsi Słońsko i jej okolicy. Stoi tam sześć ceglanych kapliczek pobudowanych według tego samego wzoru. Podobnie rzecz ma się niekiedy pośród krzyży, a przykład to chociażby metalowe krzyże stojące wzdłuż drogi między Rojewem a Jaksicami. Te znaki wiary mają już swoje lata. Inaczej to wygląda wśród najnowszych budowli. Tu raczej każdy idzie na oryginalną bezstylowość jeśli już mowa o samym schronieniu dla świątka. Świątek zaś, o ile nie jest wyrzeźbiony w drewnie przez ludowego twórcę (a to już niestety rzadkość), najczęściej kupowany jest u producenta figur sakralnych, m.in. w Nowej Soli. Przykłady takich postaci można zobaczyć m.in. w Kłopocie, Marulewach, Tucznie czy Tupadłach pod Inowrocławiem. Przez takie działania (zakupy) zdarza się spotykać w kapliczkach bądź na cokołach figury z tej samej formy odlewowej. Przykład to chociażby takie same postacie w Bachorcach, Grodztwie czy Miechowicach. To znak czasu, obrazek teraźniejszości. Staram się nie oceniać. Ocenią to może następne pokolenia, o ile coś im tam zostanie do oceny.
Marulewy. Kapliczka z figurą Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych wzniesiona w 2010 r. Każdego roku 24 maja pod kapliczką odbywa się odpust ku czci "mieszkanki". /2014/
Św. Florian postawiony w 2015 r. przy remizie OSP w Woli Wapowskiej. /2016/
 Kogo najczęściej możemy spotkać przy naszych drogach?
Nieco więcej niż połowę z ponad 450. budowli czarnokujawskiego sakralnego przydroża zajmują figury i kapliczki, reszta to krzyże. Wśród figur dominuje postać Matki Bożej, której to podobizna zamieszkuje ponad 150 kapliczek i monumentów. Najrzadsze to Matka Boża z De La Salette stojąca (wraz z Panem Jezusem) w Kruszy Zamkowej, ufundowana przez Zbigniewa Łuczaka w 2005 r., oraz spotkane dwa razy (w Dąbiu i Różniatach) Matki Boże Licheńskie.
Krusza Zamkowa. Kapliczka z wizerunkami Jezusa Miłosiernego i Matki Boskiej z La Salette objawiającej się dwojgu biednym dzieciom. /2016/
Figura Matki Bożej Licheńskiej z kapliczki w Różniatach. /2015/
 Jezusa Chrystusa można spotkać nieopodal dróg w ponad 50 miejscach. Święci zamieszkujący skraj drogi to m.in. Antoni (Glinno Wielkie, Gnojno, Jacewo, Liszkowo, Wróble), Jan Chrzciciel (Jankowo, Piaski), Józef z Dzieciątkiem (Kawęczyn, Kościelec, Nowy Dwór, Skotniki), Wawrzyniec (Janikowo-Ostrowo, Kościelec, Węgierce), Wojciech (Inowrocław /pomnik/ i Janikowo). Przy remizach można spotkań figury św. Floriana (Inowrocław /PSP/, Turzany, Witowice, Wola Wapowska), a w sąsiedztwie terenów leśnych i łownych wyrzeźbione w drewnie podobizny św. Huberta (Balczewo, Mierogoniewice, Wierzbiczany). Te najbardziej oryginalne, a raczej najrzadsze to figura św. Kazimierza (syna polskiego władcy Kaziemierza Jagiellończyka) stojąca w Pławinku, nowa św. Barbara mająca swoje miejsce w Tucznie, św. Krzysztof stojący przy kościele w Liszkowie, wyrzeźbiona w drewnie św. Kinga trzymająca w ręku makietę klasztoru (Szadłowice) i św. Maksymilian Kolbe postawiony przy wejściu na cmentarz w Polanowicach. Niewiele jest też Nepomuków, czyli figur św. Jana Nepomucena. Stoją one w sąsiedztwie kościołów w Gniewkowie, Kościelcu i Kruszwicy, a ich początki datuje się na drugą połowę XVIII wieku. Obok drewnianej figury św. Jana Chrzciciela stojącej w Piaskach mają one największą wartość zabytkową spośród figur umiejscowionych w krajobrazie powiatu inowrocławskiego. Warto jeszcze dodać, że w granicach powiatu można spotkać kapliczki "zawierające" więcej niż jednego świątka. Przykład to chociażby wspomniana kapliczka w Kruszy Zamkowej oraz kapliczka (bodajże najwyższa w powiecie) stojąca od 1927 r. w miejscowości Góry, którą zamieszkują Pan Jezus (II piętro) i Matka Boża (I piętro).
Wróble. Figura św. Antoniego z Dzieciątkiem postawiona przez mieszkańców w połowie lat 70. XX w. (w niedalekim sąsiedztwie miejsca gdzie stała figura zniszczona przez Niemców na początku II wojny światowej). /2016/
Piaski. XIX-wieczna drewniana figurka św. Jana Chrzciciela. /2014/
Góry. Piętrowa kapliczka z figurami Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Bożej Niepokalanej wzniesiona w 1927 r. przez mieszkańców ówczesnej gminy Góry - Stanisława Kmiecia i Władysława Siemińskiego. /2015/
Prawdziwą tragedią dla wielu krzyży i figur była II wojna światowa, gdy okupanci planowo likwidowali tego typu obiekty. Niejednokrotnie starano się temu zapobiec przechowując w jakiś sposób figury i krzyże w schowkach. Przypomina Pan sobie tego typu historie?
Przechowywano figury, które udało się zdemontować zanim zdążyli "zainteresować się" nimi hitlerowcy, jak i figury uszkodzone przez niszczycielskie działania najeźdźcy. Jedną z historii opowiedziała mi Anna Kempińska mieszkanka Nowego Dworu w gminie Dąbrowa Biskupia. Tam, podobnie jak niemal we wszystkich miejscowościach dzisiejszego powiatu inowrocławskiego, figura Pana Jezusa stała do początków II wojny światowej. Tuż po rozpoczęciu działań wojennych hitlerowcy przy pomocy granatów wysadzili przydrożny monument. Wówczas, pod osłoną nocy, narażając swoje życie, Franciszek Bolewski wraz z synem Stanisławem (mieszkańcy tej leśnej wsi) zebrali zgruzowane szczątki i zakopali opodal swojego domostwa. Na "odkrycie" zniszczona figura (a przynajmniej jej najobszerniejsze części) czekała ponad 60 lat. Na początku XXI w. wiadomość o zakopanych elementach dotarła do uszu pani Anny. Odbyła się akcja podczas której figura (głowa oraz tułów okryty płaszczem) została odkopana i przewieziona na teren posesji córki Józefa Kempińskiego - znanego artysty malarza.

Głowa Pana Jezusa oraz tułów (w tle) - pozostałości po przydrożnej figurze z Nowego Dworu. /2014/
Podobna historia miała miejsce w Gniewkowie. Figura Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus stała na skwerze zwanym "Boża Męką" przy skrzyżowaniu ulic Zajeziernej i Toruńskiej. Została zniszczona przez miejscowych Niemców we wrześniu 1939 r. Przez blisko 60 lat była przechowywana przez rodzinę Nowackich. Figura zachowała się w postaci osiemnastu luźnych skorup z rozległymi ubytkami. Przeniesiona do kościoła farnego, po konserwacji w 2003 r., umieszczona została we wnęce na zewnątrz kościoła pw. św. Mikołaja i św. Konstancji. Rekonstrukcję po wojennej zawierusze musiała przejść również figura św. Józefa z Dzieciątkiem stojąca w Skotnikach. Została ona ufundowana przez dziedziców Grabskich - ówczesnych właścicieli majątku. Jak relacjonują państwo Przybylscy - obecni właściciele pola na którym stoi postument - w trakcie wojny Niemcy odstrzelili główkę Pana Jezusa. Przybylscy długo zastanawiali się jak ją zrekonstruować. W końcu wpadli na pomysł, aby do rekonstrukcji wykorzystać... głowę lalki.
Rzepowo. Figura Pana Jezusa odnaleziona po 45 latach podczas prac melioracyjnych. /2016/
Skotniki. Figura św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus. /2008/
 Przy okazji fotografowania z pewnością pojawiły się jakieś inne ciekawe historie związane z danym obiektem. Które z nich najbardziej Panu zapadły w pamięć?
Było kilkanaście takich historii. Jedną przedstawił mi Andrzej Gawroński - syn Stanisława, budowniczego kapliczki stojącej na granicy wsi Ludwiniec i Radłowo. Mówił: "W 1992 r. rozpoczęła się poważna choroba ojca. Dwa lata później, w czasie pobytu w szpitalu, ojciec pomyślał o postawieniu figurki, o której wybudowaniu już w latach 60. mówiła jego matka Agnieszka. Po powrocie z leczenia (zaleczania) wziął się do pracy. Był murarzem samoukiem, a głównym budulcem przy stawianiu kapliczki był kamień zebrany z okolicznych pól i gruntowych dróg. Samą figurkę Matki Bożej przywiózł (w dwóch "podejściach", bo za pierwszym razem figurka pokruszyła się w czasie podróży) z Częstochowy... W czasie gdy ojciec pracował przy kapliczce podeszła do niego kobieta. Cała była ubrana na biało - mówił syn Stanisława, który pomagał w budowlanych pracach. - Spytała o intencję budowy. Ojciec odpowiedział, że nie ma jakiejś konkretnej, na co kobieta delikatnie uśmiechnęła się i powiedziała, że zostanie tu jeszcze przez chwilę i pomodli się. Kiedy odeszła i w jakim kierunku - ojciec nie zauważył. Przy następnym pobycie w szpitalu prześwietlenie nie pokazało żadnych zmian chorobowych...".
Radłowo / Ludwiniec. Kapliczka postawiona w 1992 r. przez Stanisława Gawrońskiego. /2008/
Inną, odmienną historię, opowiedział mi Piotr Rydzkowski - leśniczy w miejscowości Rejna - na temat drewnianej figurki wyrzeźbionej przez Krzysztofa Wojciechowskiego: "Jakiś czas po uroczystym poświęceniu kapliczka zniknęła ze spiralnej kolumny. Miała trafić - jak to sobie obmyślił złodziej, liczący na pokaźną finansową korzyść - do sąsiedniej parafii. Okazało się jednak, że ksiądz, do którego zgłosił się "artysta z towarem", całkiem niedawno czytał w gminnym "Dąbrowianinie" artykuł i przeglądał zdjęcia kapliczki wzniesionej w lasach Rejny..." .
O dziękczynnym wymiarze figury opowiedziano mi w Popowie: "Postawił ją ówczesny zarządca majątku Trzcińskich - nijaki Zieliński - jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, jako wotum dziękczynne za doczekanie się upragnionego potomstwa (córki)." Jak mówił mieszkaniec Popowa - p. Cylke - pani, której "dotyczyła" figura, zajmowała się architekturą, biorąc m.in. udział projektowaniu i budowie licheńskiej bazyliki...
Popowo. Figura dziękczynna za doczekanie upragnionego potomstwa. /2008/
Swoją smutną historię ma niszczejąca, opuszczona kapliczka stojąca na skraju Skotnik. Nie zachowała się ani postać Matki Bożej z cokolikiem, ani tablica pamiątkowa fundatora. Wyrwa w dolnej części budowli to według mieszkańców okolicznych domostw "skutki" krążącej po okolicy legendy, mówiącej o tym, że podczas stawiania kapliczki w jej wnętrzu zamurowano skarb (złoto)...
Nieodosobnionym przypadkiem jest opowieść Ryszarda Zielińskiego nt. kapliczki w Orłowie. W 1940 r. Jan i Marianna Zielińscy (dziadkowie p. Ryszarda) wraz z dwójką dzieci zostali wysiedleni przez Niemców z Orłowa do wsi Kulczyn na Lubelszczyźnie. Tam, z tęsknoty za rodzinnymi stronami, postanowili, że jeśli uda się im wrócić na ojcowiznę to w podziękowaniu za opiekę Opatrzności Bożej postawią kapliczkę… Do Orłowa Zielińscy wrócili w kwietniu 1945 r. Rok później stanęła kapliczka. W podziękowaniu za ocalenie wzniesiono też jedną z kapliczek w Słońsku. Postawił ją Kazimierz Kędzierski w dziękując w ten sposób za ocalenie żony - Cecylii Kędzierskiej. - Dała Żydówce ziemniaka... - mówiła mi Grażyna Pawłowska (wnuczka, dzisiejsza opiekunka kapliczki) przypominając historię krążącą w rodzinie. - Dziadkowi udało się w jakiś sposób przekonać hitlerowców i babcia wróciła do domu. Do budowy kapliczki wykorzystano cegły z budynków, które stały na terenie inowrocławskiego lotniska, a w których Niemcy, a wcześniej również i Polacy hodowali króliki. Podobno sierść królików w czasie wojny wykorzystywano do budowy bomb lotniczych... - wspominała.

Wykorzystane zdjęcia wraz z podpisami zostały nadesłane przez p. Ireneusza. Całą kolekcję można oglądać TUTAJ.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Gustaw i koledzy, czyli wiatraki w Chrośnie

Gustaw, bo takie imię nosi chrośnieński wiatrak, nie był jedynym, który stanął w tej miejscowości.

Jeszcze po wojnie wieś posiadała trzy młyny wiatrowe. Jeden z nich znajdował się w okolicach nieczynnej już stacji kolejowej Lachmirowice (to nadal grunty Chrosna). Jego właścicielem była rodzina Nalewajów. Ze względu na konstrukcję wiatrak był typowym koźlakiem, tzn. jego dolna część była wyłączona z użytkowania, gdyż znajdował się tutaj kozioł, czyli oś wokół której młyn można było obrócić. Obiekt rozebrano w latach 60. XX w.





Z kolei na wjeździe do wsi stał paltrak, własność rodziny Smól. W stosunku do koźlaka była to konstrukcja znacznie bardziej stabilna. Paltrak posiadał u swej podstawy okrągłą prowadnicę, która w połączeniu z rolkami przymocowanymi do konstrukcji, umożliwiała ustawianie wiatraka z wykorzystaniem znacznie mniejszych sił. Przy okazji więcej miejsca w budowli można było przeznaczyć na przestrzeń roboczą. Być może dlatego właśnie ten wiatrak mielił nie tylko mąkę, ale znalazło się przy nim miejsce i na kaszownik.
Po śmierci młynarza Tomasza Smóla, wdowa po nim była zmuszona zamknąć młyn, chociaż znajdował się wówczas jeszcze w dobrym stanie technicznym. Była to połowa lat 60. XX wieku. Obiekt opustoszał, stał się miejscem wieczornych spotkań, zdarzało się, że ktoś udawał w nim także ducha :) Podczas rozbiórki obiektu, zdecydowano, że jeden z kamieni młyńskich nada się na fundament odrestaurowywanej w latach 70. figury i rzeczywiście – stoi ona na nim po dziś dzień.

Oba obiekty mają z pewnością XIX-wieczny rodowód, bo odnajdujemy je na mapach z końca tego stulecia.

Cóż z kolei z samym Gustawem? Zagadek co do jego wieku jest pełno. Najstarsza część, czyli kozioł ma pochodzić z 1634 roku. Tak przynajmniej wskazują dokumenty z inwentaryzacji przeprowadzonej w latach 60. XX w.. Wbrew pozorom jest to wielce prawdopodobne – wtórne wykorzystywanie elementów budowli nie jest wynalazkiem współczesnych majsterowiczów. Na kole palecznym odnajdziemy z kolei informację, że pochodzi ono z roku 1857. I zapewne od tego czasu, Gustaw stoi w Chrośnie bez większych przeróbek.

Młyny wiatrowe pełniły kiedyś bardzo specyficzną rolę. Na wsi, gdzie korzystano z dość prostych narzędzi, jawiły się jako miejsca technicznie zaawansowane, a przez to i tajemnicze. Wiatrak właściwie żył własnym życiem – każdy miał swoje imię, często znane jedynie właścicielowi. Sami młynarze mieli też w zwyczaju rozmawiać z młynem. Ową tajemniczość widać dość mocno w folklorze, gdzie częstym współpracownikiem młynarza bywał diabeł.

Czy tak było w wypadku chrośnieńskiego zabytku? Tego się raczej nie dowiemy, bo wiatrak uparcie od wielu lat już milczy. Wiemy, że w okresie międzywojennym stanowił własność rodziny Kruszczyńskich. Wiemy także, że w czasie okupacji mieloną tutaj mąkę, pakowano do wagonów przy pobliskiej stacji Lachmirowice i wywożono ją w głąb Rzeszy.
Imię Gustaw wiatrak odziedziczył od nazwiska ostatniego właściciela Kazimierza Gustawa (jego ojciec, nazywający się identycznie, także parał się młynarstwem). Znali się oni na swoim fachu jak mało kto - liczne są opowieści o tym jak z ruchu chmur czy kierunku wiatru potrafili przewidzieć pogodę. I tak to się wszystko kręciło jak owe śmigi wiatraka do początku lat 70., gdy w powszechnym użyciu wielkich zakładów stały się młyny elektryczne, a w wiejskich gospodarstwach – śrutowniki.
Równie dobrze chrośnieński Gustaw mógł nazywać się Antek. Wszystko za sprawą ekranizacji noweli Prusa, do której zdjęcia przeprowadzano latem 1970 roku m.in. w Chrośnie. Ekipa filmowa spędziła we wsi blisko dwa tygodnie. Na potrzeby produkcji usypano niewielki pagórek (jak pamiętamy z lektury za nim miał się wiatrak znajdować), od miejscowych gospodarzy nabyto także kilka rekwizytów, które w filmie zagrały.
Po wojnie, wiatrak przeszedł trzy poważniejsze remonty. Warte odnotowania jest, że jeden z nich finansowała Irena Dziedzic – znana prezenterka TVP, twórczyni pierwszego polskiego talk show „Tele Echo”. Podobno przejeżdżając obok Chrosna zauroczyła się obiektem i postanowiła go odnowić.
I dziś przydałaby się taka osoba, bo niestety z biegiem lat stan wiatraka ulega pogorszeniu. Obiekt trafił na listę zabytków, z kolei sam teren, na którym się wznosi jest dziś własnością gminy Kruszwica. Trwają prace nad znalezieniem firmy, która podoła remontowi obiektu zgodnie z wytycznymi konserwatora. 
Droga jeszcze daleka, ale dla Gustawa pojawiła się znowu nadzieja. Głupio byłoby przed historią, gdyby to właśnie nas i naszej obojętności wiatrak nie przetrwał...

środa, 22 czerwca 2016

Na tropie Maszenickich skarbów


Maszenice to dzisiaj bardzo spokojna miejscowość. Blisko 1000 lat temu miały tu jednak miejsce dramatyczne wydarzenia. Wiemy o nich dzięki odkrytemu w tej wsi skarbowi...

Wszystko działo się pewnej jesieni między 1875 a 1880 rokiem. W czasie rutynowej orki, na niewielkim pagórku w pobliżu granicy niemiecko-rosyjskiej, jeden z robotników rolnych zauważył coś bardzo dziwnego. W pozostawionej przez płóg bróździe, dostrzegł on dwa gliniane naczynia. Podczas próby wyciągnięcia znalaziska, z uszodzonych garnców wysypała się błyszcząca zawartość. Tak w Maszenicach odnaleziono jeden z cenniejszych skarbów odkrytych kiedykolwiek na Kujawach.

Część zbiorów dość szybko „ulotniła się” w nieznanych okolicznościach, niemniej większość znaleziska w 1880 roku przekazano placówkom naukowym w Poznaniu i Toruniu. Losy skarbu złożonego w stolicy Wielkopolski pozostają nieznane. Znacznie więcej wiemy za to o tej części, którą pan Grajewski z Głębokiego przetransportował do Torunia. W 1907 roku maszenicki skarb został dokładnie zbadany i opisany przez ks. Kazimierza Chmieleckiego.

Co jednak ważne, znalezisko przetrwało do dzisiaj i znajduje się w zbiorach toruńskiego Muzeum Okręgowego. Na skarb składa się 220 całych monet oraz 566 ich fragmentów. Wszystkie pochodzą z X oraz XI stulecia i świadczą o szerokich kontaktach handlowych w państwie pierwszych Piastów. W maszenickim skarbie odnajdujemy monety bizantyjskie, arabskie, anglosaskie, duńskie, włoskie, niemieckie, polskie, czeskie i węgierskie. Nie mogło zabraknąć także srebrnej biżuterii reprezentowanej przez kabłączki (ozdoby przypinane do nakrycia głowy w okolicach skroni), zausznice, paciorki, wisiorki czy klamry pasków. Większość z nich przez lata spędzone w ziemi, uległa dość poważnym uszkodzeniom, niemniej kunszt średniowiecznych artystów nadal zachwyca. Całość zbiorów uzupełniają srebrne ułomki i blaszki.

Choć dzisiaj maszenicki skarb cieszy oczy, to jednak trzeba pamiętać, że jest on najprawdopodobniej zapisem wielkiej tragedii. W końcu ludzie bez powodu nie zakopują swoich dóbr w odludnym miejscu. Kluczem do wyjaśnienia tego, co mogło wydarzyć się przed wiekami w Maszenicach jest datowanie znalezisk. Najmłodsza znaleziona moneta została wybita między 1027 a 1038 rokiem i zapewne w okolicach tej ostatniej daty złożono skarb do ziemi. W dziejach naszego państwa był to czas wyjatkowo niespokojny. W latach 1831-39 dochodzi do najazdu niemieckiego, kijowskiego i szczególnie dotkliwego czeskiego. Kraj pogrąża się w anarchii – niszczone są kościoły, zabijani możni. Zapewne w takich okolicznościach nieznany nam z imienia właściciel dóbr w MAszenicach ukrywa swoje skarby. Skoro jednak po nie nie wrócił, możemy tylko domyslać się jaki spotkał go los...

Część skarbu z Maszenic (K. Chmielewski, Wykopaliska monet i srebra..., Toruń 1907) Szczególną uwagę warto zwrócić na obiekt nr 11 - to kaptorga, czyli niewielkie pudełko do przenoszenia wonności lub relikwii, które zawieszano na szyi. Znaleziony w Maszenicach eksponat pochodzi prawdopodobnie ze Skandynawii. Wskazuje na to popularny motyw drzewa życia.


W kolejnych stuleciach dzieje wsi były już znacznie spokojniejsze. W XIV-wiecznych dokumentach, miejscowość nazywano Maseniczami. Dowiadujemy się z nich także, że dziedzicem wsi był niejaki Walenty, od miejsca zamieszkania nazywany Maszeńskim (herbu Nowina). Na początku wieku XV właścicielem Maszenic był inny przedstawiciel rodziny - kleryk diecezji włocławskiej Jakub Stanisław. Maszeńscy okazali się wyjątkowo żywotnym rodem, bo informacje o kolejnym jego przedstawicielu - Mikołaju mamy jeszcze w 1588 roku.

W dalszych stuleciach wieś dzieliła swoje losy wspólnie z Głębokim, gdyż stała się własnością miejscowych dziedziców. Były to rodziny Zaborowskich, Jeżewskich i  w końcu Twardowskich. W wyniku rozbiorów Maszenice stały się miejscowością nadgraniczną. Władze pruskie podjęły decyzję o ulokowaniu we wsi posterunku granicznego. W tym czasie wieś funkcjonowała jako folwark. Pod koniec XIX wieku znajdowało się tutaj 6 domów zamieszkiwanych przez 112 mieszkańców.

Z tymi, którym mało nadal skarbów, chciałbym podzielić się jeszcze jedną informacją. W gnieźnieńskim archiwum archidiecezjalnym znajduje się ciekawa notatka z lat 70. XIX wieku. Sporządził ją świeżo upieczony proboszcz parafii w pobliskich Piaski. Ksiądz informował w niej, że miejscowa ludność wspominała mu o istnieju ongiś w Maszenicach starej kaplicy. W czasach proboszcza była to już jedynie opowieść, nikt nie znał lokalizacji obiektu. Być może relikty tej świątyni nadal znajdują się gdzieś w tej miejscowości?

wtorek, 14 czerwca 2016

Edmund Kruppik - zawsze naprzód!

Edmund Kruppik urodził się 8 sierpnia 1890 roku w Skrzetuszu jako syn miejscowego nauczyciela Jana i jego żony Weroniki z Surmów. Po ukończeniu w rodzinnej miejscowości szkoły elementarnej, dalszą wiedzę zdobywał w gimnazjum i liceum w Rogoźnie. Później pracował w kilku majątkach ziemskich, gdzie zdobywał cenne doświadczenie w zarządzaniu.
Edmund Kruppik (trzeci z prawej) w czasie I wojny światowej

Być może jednak nie mówilibyśmy dzisiaj o Edmundzie, gdyby nie to, że w 1913 roku został wcielony do 41 pułku artylerii polowej w Głogowie. To właśnie wojna stała się bowiem jego żywiołem. Edmund bardzo szybko uzupełnił swoją edukację w szkole podchorążych, w 1916 r. był już podporucznikiem. Walczył zarówno na froncie zachodnim jak i wschodnim (m.in. za walki pod Verdun otrzymał Krzyż Żelazny). Aż 4-krotnie został ranny.

Edmund Kruppik w wojskowym lazarecie

Na początku 1919 roku Edmund Kruppik zameldował się do służby powstańczej w Gnieźnie, skąd skierowano go do stolicy Wielkopolski, gdzie miał zająć się formowaniem artylerii. Został dowódcą baterii, a w kwietniu 1919 roku awansował do stopnia porucznika. Edmund uczestniczył m. in. w zażartych bojach pod Ostrzeszowem (maj).

Edmund w mundurze niemieckim

31 stycznia 1920 r. Kruppik wraz ze swoją jednostką wyruszył do starcia z bolszewikami. Tutaj nasz bohater okrył się prawdziwą sławą, pokazując pełnie swoich umiejętności. Przede wszystkim cechowała go niezwykła odwaga. Kruppik stosował taktykę, w której to jego bateria rozpoczynała walkę jako pierwsza. Pozbawiona wszelkich osłon była wysuwana przed inne jednostki, siejąc nie tylko ogromne straty personalne w szeregach wroga, ale także drastycznie uderzając w jego morale. Dowódcy trzeciej baterii towarzyszyło nawet hasło „Zawsze naprzód!”, które stało się później zawołaniem całej jednostki.

Edmund Kruppik w wojsku polskim

Zwycięskie walki trwały aż do 16 lipca 1920 r., gdy oddział Kruppika, zajmujący się osłanianiem odwrotu głównych sił spod Gieranonic, doznał znaczących strat. Przeżyło tylko kilku żołnierzy, którzy wraz z dowódcą rozpoczęli ciężki nocny marsz przez bagna. Kruppik nie pozwolił, aby pozostawić kogokolwiek na pobojowisku. Ciężko rannego telefonistę Skorupkę niósł na własnych plecach aż do momentu, gdy postrzelono go ponownie – tym razem już śmiertelnie. Po udanym odwrocie, Kruppika oddelegowano do Leszna, gdzie powierzono mu misję odbudowy baterii, z którą chwilę później ruszył na front w okolice Biedrujska.

3 bateria dowodzona przez Edmunda

Po powrocie z wojny, naszego bohatera czekał kolejny awans na stopień kapitana. 23 października 1920 r. został pierwszym żołnierzem swojego pułku, który otrzymał order Virtuti Militari. Dziękowali mu przełożeni, łącznie z samym Józefem Piłsudskim. Co ciekawe, Edmunda Kruppika można odnaleźć na jednym z dzieł, znanego w międzywojniu malarza batalistycznego Stanisława Bagińskiego.

Uroczystość odznaczenia bohaterów wojny z bolszewikami

Uroczysty obiad u Marszałka. Edmund nachyla się przy stole

W 1922 roku, Kruppik został przeniesiony w stan spoczynku. Za postawę w czasie wojny przyznano mu na własność majątek w Połajewie. Po jego parcelacji w roku 1932 r. Kruppik rezydował w przez rok w Henrykowie, a w latach 1933-1937 r. w Krępej. Po tym czasie, nasz bohater zarządzał majątkiem Bagrowo należącym do Fundacji Kórnickiej.

Park w Giżewie. Małżeństwo Kruppików w centrum fotografii

W okresie międzywojennym Edmund był bardzo częstym gościem w Giżewie. Wszystko oczywiście za sprawą jego małżeństwa z Mieczysławą Przybyszewską, do którego doszło w roku 1934. Było to jego drugie małżeństwo (po śmierci Stanisławy Kluge, z którą miał dwóch synów – Eugeniusza, który zmarł wkrótce po urodzeniu oraz Zbigniewa). Kruppik nie ograniczał się tylko do kurtuazyjnych wizyt u teściów, przebywał w Giżewie tak często jak było to możliwe. Szczególnie cenił sobie towarzystwo szwagra Zbigniewa – także żołnierza. W 1935 roku Mieczysława Przybyszewska urodziła syna Jana, który pójdzie w ślady wuja i także zostanie oficerem marynarki, choć już handlowej.

Wizyta w Giżewie. Edmund stoi po środku, siedzą: Mieczysława oraz jej rodzice - Józef i Helena. Na kolanach seniora rodu Zbigniew Kruppik

Ziemiańską sielankę przerwał wybuch II wojny światowej. Już na jej początku Kruppik nawiązał kontakty ze środowiskiem konspiracyjnym. Został wojskowym komendantem Narodowej Organizacji Bojowej w Środzie, a od 1941 r. mianowano go na dowódcę plutonu kadrowego Inspektoratu Rejonowego w Środzie, a także dowódcę sztabu formowanego 68 pułki piechoty. Biorąc pod uwagę, niezwykle ciężkie warunki dla działań w Kraju Warty, Kruppik skupił się przede wszystkim na szkoleniu żołnierzy i gromadzeniu broni do ewentualnego powstania.

29 lutego 1944 r. został aresztowany wraz z synem Zbigniewem. Obaj mimo tortur nie wydali swoich kompanów ani planów organizacji. Edmund trafił do posiadającego złą sławę poznańskiego Fortu VII, później do obozu w Żabikowie. Ostatecznie zmarł 30 września 1944 roku w obozie Gross Rosen, a jego syn wiosną następnego roku w Mauthausen.

Mieczysława Kruppik z synem - Janem

Ciała Edmunda Kruppika nigdy nie odnaleziono. Pozostały jedynie fotografie i wspomnienia szczęśliwych chwil nad Gopłem.