Fundacja Modrak

Szukaj na tym blogu

sobota, 10 grudnia 2016

Z dziejów OSP we Wróblach

Straż pożarna we Wróblach ma bardzo bogate tradycje. Problemy pojawiają się jednak kiedy mamy wyznaczyć ich początek...

Nie ma żadnych wątpliwości, że jakaś forma straży pożarnej istniała we Wróblach już w czasie zaborów. Była to z całą pewnością jednostka prywatna, należąca do właściciela miejscowego majątku. Posiadanie straży, która byłaby w stanie w miarę szybko ugasić ewentualny pożar w zabudowaniach, było po prostu opłacalne. Na folwarku znajdował się wóz z sikawką, niemniej już w latach 20. najstarsi mieszkańcy nie pamiętali kiedy urządzenie do wsi trafiło. Pozwala to ostrożnie datować istnienie straży na przełom XIX i XX wieku. Co więcej, we Wróblach stał także niepozorny budynek remizy o wymiarach 7 x 2,5 m, zapewne wykonany z desek. Informacji o ewentualnych osobach odpowiedzialnych za koordynowanie akcji pożarniczych, jak i samych pożarach, nie posiadamy.
Kolejną ważną wzmiankę o straży odnajdujemy dopiero 4 listopada 1923 roku, gdy utworzono tzw. okręg sikawkowy Kruszwica-wieś. Co ciekawe, odnotowano, że "to było dawniej za niemieckich czasów”. Obejmował on swoim zasięgiem Wróble, Bródzki, Grodztwo i wiejski majątek Kruszwica. Był to rodzaj straży przymusowej - każdy z dorosłych mężczyzn był zobowiązany do udziału w akcji ratowniczej pod groźbą grzywny. Naczelnikiem okręgu był Leon Berendt z Grodztwa, a jego zastępcą Stanisław Koblewski. Wyraźnie zaznaczono także, że sikawka znajduje się we Wróblach. Kolejny dokument z 1925 roku informował nas, że nowym naczelnikiem został Tadeusz Lipowicz - administrator miejscowego majątku. Do jego dyspozycji było 261 zobowiązanych “strażaków”, czyli de facto wszyscy dorośli i sprawni mężczyźni z obszaru. Na wyposażeniu remizy we Wróblach znajdowała się “jedna sikawka obrotowa”, dwa węże i trąbki alarmowe.
Członkowie straży, II poł. lat 30. XX w. (Archiwum p. Kloneckich)
Członkowie straży w latach 60. XX w.
Takie wyposażenie sprawiło zapewne, że kolejnym krokiem było powołanie straży ochotniczej. 7 czerwca 1931 roku to data bardzo ważna dla miejscowej społeczności, choć troszkę zapomniana. To właśnie tego dnia we Wróblach odbyło się zebranie w czasie którego zawiązano Ochotniczą Straż Pożarną. W relacji z tego spotkania czytamy, że p. Głowacki rozpoczął je słowami „Czołem Druhowie!”. Prezesem zarządu wybrano Stefana Kirchke, na sekretarza – Jana Chmielewskiego, a na skarbnika Stanisława Kanarka, którego później zastąpił Bartłomiej Wojtera. Naczelnikiem został Wincenty Kanarek. Ponadto pierwszymi członkami OSP Wróble zostali: Franciszek Ryniecki, Jan Zębaty, Ignacy Sikorski, Stanisław Kołodziejski, Wawrzyn Pieczątkowski, Wojciech Sikorski, Edward Rnidas, Władysław Pawlak, Bolesław Graczyk, Antoni Drwęski, Edmund Waśk, Stanisław Nadzieja i Czesław Ostrowski. 
Oprócz gaszenia pożarów, które niestety zdarzały się dość często, wróblewscy strażacy zajmowali się również organizacją zabaw. Największą popularnością cieszyły się majówki w lesie, ale tańce organizowano także z okazji nowego roku. Spotkania zarządu odbywały się w wiejskiej świetlicy, gdyż remiza pełniła jedynie funkcję garażu i magazynu. Co ciekawe, aktywność strażaków nie kończyła się tylko na tym. OSP było instytucją, która wypełniała ważną lukę w dostępie do kultury. Strażacy nie mieli bowiem oporów, aby wystawiać przedstawienia. Zazwyczaj były to jednoaktówki traktujące o narodowych bohaterach lub wiejskiej sielance. Ze wspomnień wiadomo, że na pewno wystawiono sztukę o Tadeuszu Kościuszce.
W 1936 strażacy z Wróbli musieli stawić czoła wyzwaniu, które mogło właściwie pogrzebać jednostkę. Okazało się bowiem, że zarząd miejski w Kruszwicy rości sobie prawa do 60% wartości sikawki i domaga się jej zwrotu. Mieszkańcy wsi stanowczo odmówili spłaty urządzenia, argumentując, że jest ono ich własnością od dawien dawna. W tym samym roku wieś postanowiła odstąpić od budowy nowej remizy, przeznaczając strażakom dwa pomieszczenia w domu gminnym.
Oczywiście, częściej spotkania straży miały spokojny przebieg. Wystarczy przyjrzeć się relacji ze zebrania, które miało miejsce w lutym 1936 roku: „W świetlicy gromadzkiej odbyło się zebranie zarządu OSP. Zebranie zagaił prezes J. Ćmielewski witając przybyłych członków zarządu oraz miejscowego sołtysa. Po zagajeniu przystąpiono do odczytania protokołu z ostatniego zebrania, który przyjęto bez zmiany. Uchwalono zwołać walne zebranie na dzień 1 marca o godz. 3 popoł. w świetlicy gromadzkiej. Omówiono szereg mniejszych spraw tyczących Str. Poż. A po wyczerpaniu porządku dziennego zebranie zamknięto”.
Zarząd OSP nie zmienił się do wybuchu II wojny światowej. Okupacja nie przerwała działalności strażaków, choć zdecydowana większość z nich została wysiedlona. Początkowo wstęp do OSP mieli tylko Niemcy, z czasem także i Polacy, których zmuszono do noszenia opasek z hitlerowską „gapą”. Trzeba jednak oddać, że władze okupacyjne zadbały o sprzęt, zakupując nową motopompę DKW.
W 1946 roku dokonano formalnej rejestracji OSP Wróble jako stowarzyszenia. Jednostka rozwijała się prężnie. Duże zasługi w tym względzie ma przede wszystkim Jan Waliński, będący jednocześnie kierownikiem miejscowej szkoły. Strażacy posiadali nie tylko mundury bojowe, ale także galowe. OSP Wróble szybko stało się jedną z lepszych jednostek w gminie. Zaowocowało to budową nowej remizy. Niestety, jej projekt okazał się średnio udany, gdyż mur zaczął pękać od wibracji wywoływanych przez syrenę. Dość szybko podjęto więc decyzję o postawieniu budynku od nowa. Tym razem wzbogacono go dodatkowo o świetlicę.
Najlepsze czasy dla OSP we Wróblach nastały na przełomie lat 60. i 70.. Jednostka otrzymała wtedy nową motopompę marki Polonia, która służy po dziś dzień. Strażacy silnie angażowali się w życie społeczne wsi. Poza tradycyjnymi majówkami i zabawami silnie udzielali się także na rzecz Kościoła. Strażacy nie tylko pełnili wartę honorową przy Grobie Pańskim czy uczestniczyli w procesjach, ale także mieli swój duży udział przy ponownym postawieniu figury św. Antoniego. Wiele radości przynosiły ćwiczenia organizowane w pobliskim lesie. Druhowie brali także wielokrotnie udział w kruszwickich capstrzykach oraz zabezpieczali wiele imprez masowych.
Z biegiem lat zainteresowanie strażą było mniejsze, co wiązało się z niżem demograficznym. Coraz bardziej powiększała się przepaść w jakości sprzętu. Gdy strażacy z Wróbli dostosowywali swój koński wóz do ciągnięcia przez traktor, inne jednostki miały już samochody bojowe. Szczególnie trudne były lata 90., gdy brak środków dawał o sobie znać w sposób szczególny.
Członkowie straży w latach 80. XX w.. Zdjęcie wykonano przed remizą we Woli Wapowskiej.
Dopiero w 2007 roku OSP we Wróblach doczekała się pierwszego samochodu. Jest nim polonez truck przystosowany do przewożenia motopompy. Jednostka ostatnimi laty działa coraz prężniej i życzymy jej jak najlepiej! Stary wóz strażacki stanął przed siedzibą kruszwickiej OSP i wita wjeżdżających do miasta od strony Inowrocławia.

niedziela, 20 listopada 2016

Dwór we Wróblach

Dwór w roku 1905 - rekonstrukcja na podstawie pocztówki (rys. A. Kurasińska)
Wróble to wieś o długiej, sięgającej przynajmniej XIV wieku historii. Początkowo miejscowość była własnością rodu Maszeńskich, w wieku XVI przeszła w ręce Niemojewskich, a następnie Piaskowskich. Kolejnymi właścicielami Wróbli i zapewne budowniczymi pierwszego dworu w tej miejscowości byli Kołudzcy. Niestety nie wiemy o tej budowli właściwie nic poza tym, że istniała. W pierwszej połowie XIX wieku właścicielem majątku stał się Tadeusz Wolański (więcej o tej ciekawej postaci tutaj). Wieś w tym czasie  (1833 rok) miała 103 mieszkańców oraz 13 domów. Syn Wolańskiego - Juliusz był zmuszony sprzedać majątek, rozpoczynając tym samym serię kolejnych bankructw właścicieli Wróbli.
Grobowiec Sielewiczów w Piaskach
To prawdopodobnie kolejni z nich - Sielewicze, pobudowali w II poł. XIX wieku miejscowy dwór. W 1881 roku obszar wsi wynosił 645 ha. W 1886 roku Nepomucen Sielewicz zmuszony był oddać swoje dobra na subhortację. Szczęśliwymi nabywcami okazali się poznańscy kupcy Schonlank i Kattner, którzy odsprzedali Wróble - Hermanowi Jacobi-Scherbening. Całkowity obszar majątku sięgnął wtedy 731 ha, wieś z kolei zamieszkiwało 170 osób.

Marian Grabski
W połowie lat 90. XIX wieku właścicielem wsi stał się Marian Grabski. Znany był ze swojej działalności społecznej i patriotycznej (wspierał strajk szkolny, protestował przeciw wywłaszczeniom). W dworze przyszły na świat dzieci Mariana, m.in. Stefan i Kazimierz - późniejsze ofiary zbrodni katyńskiej (więcej o nich tutaj). Marian Grabski także zbankrutował i w 1905 roku sprzedał dwór wraz z dobrami Baumgartowi z Pawłówka. Ten z kolei dobił targu z komisją kolonizacyjną, która rozparcelowała grunty wsi. Resztówkę (324 ha) wraz z dworem udostępniono w dzierżawę różnym administratorom. Ostatnim z nich był Tadeusz Lipowicz. Po kolejnej parcelacji w roku 1929, dwór przeszedł w ręce Karoliny Kalinowskiej. Po niej właścicielami byli Aniela i Piotr Kłyskowie z Poznania. Od 1936 r. dwór stał się domem Stanisława Borowiaka - ostatniego przedwojennego burmistrza Kruszwicy.
Po wojnie dwór, zwany potocznie pałacem, pozostawał w rękach rodziny. W 1999 roku zmarł ostatni mieszkający w nim właściciel - Janusz Borowiak. Opuszczony dwór spłonął w 2004 roku. Do dziś zachowały się ruiny ¼ dawnej budowli, piwnice, bramę wjazdową, a także relikty zabudowań gospodarczych.
Janusz Borowiak przed pałacem w roku 1997
Dwór zbudowany był z tynkowanej cegły osadzonej na kamiennych fundamentach. Budulec w dużej części mógł pochodzić z cegielni, którą ulokowano przy złożach gliny pod lasem. Elementem charakterystycznym dla pałacu była zwieńczona trójkątnie fasada. Prawie płaski dach pokryty był papą. Budynek posiadał obszerną piwnicę z wybetonowaną podłogą i ośmioma okienkami. Znajdowało się w niej siedem komórek, wędzarnia, kaflowy piec i basen do przechowywania owoców.
Na parter prowadziły trzy wejścia – od południa i wschodu miały one betonowe schody, od zachodu – drewniane. Na obu frontach znajdowały się obszerne, drewniane werandy. Po wejściu do środka naszym oczom ukazywał się obszerna sień, z którego można było wejść do jednego z sześciu pokoi, kuchni z komórką lub ustępu. Całość ogrzewano sześcioma piecami kaflowymi, a doświetlano 15 oknami. Ściany były tapetowane.
Po pięknie rzeźbionych, kręconych schodach wchodziło się na piętro. Tam również znajdowała się duża sień, 6 pokoi i 6 komórek. Ogrzewanie stanowiło 5 pieców kaflowych, a dopływ światła zapewniało 6 dużych i 12 mniejszych okien.
Pozostałości budynków gospodarczych (stan na rok 2014)
Dwór otaczają pozostałości dawnego parku o pow. 2 ha. Jego największą ozdobą była 400-letnia lipa - pomnik przyrody, która zakończyła swój żywot na początku XXI wieku. Poza tym odnajdziemy tu mocno przetrzebione gatunki parkowe: lipy, dęby, buki, jesiony, kasztanowce i akacje. Reliktem dawnego założenia jest także staw rekreacyjny.

sobota, 19 listopada 2016

Niezwykłe przypadki Tadeusza Wolańskiego

Tadeusz Wolański to chyba jedna z najbardziej ekscentrycznych postaci jakie kiedykolwiek zawitały nad Gopło. Zdobywca Moskwy, mason, alchemik, ekscentryczny badacz starożytności... Zacznijmy jednak od początku.
Tadeusz Wolański (1785-1865)
Tadeusz przyszedł na świat 17 października 1785 roku w żmudzkich Szawlach jako syn Joanny de Buch i Jana Wolańskiego. Postać ojca sama w sobie była już intrygująca. Jan, będąc dworzaninem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, zajmował się nowatorskimi w tym czasie badaniami przyrodniczymi, ale także słynął z zamiłowania do alchemii. Podobno zamiar odnalezienia kamienia filozoficznego i eliksiru młodości stał się także celem jego syna. Po ojcu Tadeusz odziedziczył także liczne kontakty ze środowiskiem masońskim, ale o tym za chwilę.
Wcześniej młody Wolański wplątał się w wir wydarzeń dziejowych. Jako młody człowiek wstąpił w szeregi armii napoleońskiej. W 1812 roku wraz z wodzem Francuzów, Tadeusz dotarł do samej Moskwy. Za swoją postawę uhonorowany został najwyższym francuskim odznaczeniem – Legią Honorową.
Napoleon w Moskwie, obraz nieznanego artysty
 Dalej wydarzenia potoczyły się już ekspresowo. Po porażce Napoleona Wolański, jak wielu innych dokonał szybkiej wolty, która nakazywała mu wkraść się w łaski cara Aleksandra. Koniec lat 10. XIX wieku to także czas jego pierwszych wprawek poetyckich. W 1817 roku Wolański wydaje Pieśni wolnomularskie na obchód Uroczystości Narodzin Najjaśniejszego Cesarza i Króla Aleksandra Igo..., rok później ukazuje się Pieśnik wolnomularski. Jak widać, nasz bohater już w tym momencie odgrywał ważną rolę w środowisku krajowej masonerii. W tym czasie był mistrzem katedry i założycielem „sprawiedliwej i doskonałej loży Święto Jańskiej pod nazwiskiem Doskonałego Zjednoczenia na Wschodzie” we Włocławku.
W 1818 roku Tadeusz Wolański został landratem inowrocławskim. Przenosiny na teren zaboru pruskiego należy w jego wypadku wiązać ze ślubem z Wilhelminą Schretter, której majątkiem były Rybitwy pod Pakością. Wolański nadal kontynuował swoje masońskie posłannictwo, w 1820 roku założył w Inowrocławiu pierwszą lożę “Pod Krzyżem Rycerskim”. Pan Tadeusz został jej prezesem, a później członkiem honorowym. Uczestniczył także w spotkaniach innej loży inowrocławskiej “Hermes Trismegistus pod ogniem niebieskim”. Urząd landrata sprawował aż do 1835 roku. Mniej więcej pod koniec swojego urzędowania zakupił podkruszwicki majątek Wróble.

I byłby to zapewne życiorys jakich wiele, gdyby nie fakt, że Wolańskiemu zamarzyło się być naukowcem. Pan Tadeusz uległ modnej w dobie romantyzmu tendencji do badania początków naszych dziejów. Polska to jednak było dla Wolańskiego za mało, postanowił wyjaśnić dzieje niemal całej ludzkości. Pan na Wróblach (podpisując się Wolański nie zapominał tego zaznaczyć) podszedł do sprawy niezwykle oryginalnie, twierdząc, że ludem, który de facto stworzył znaną nam cywilizację są Słowianie. W liście do przyjaciela Wolański o swych odkryciach pisał tak: Trzeba wspierać wszystkie zbiory narodowe, bo przecież składamy wszyscy jedną tylko wielką familię od Czarnego do Bałtyckiego Morza, od lodów północnego bieguna aż za Karpaty! Co mówię? Alboż to Italia, Indie i Persja – nawet Egipt – nie starczą pomnikami słowiańskimi? Bądź w głazach, bądź w narzeczach? Alboż to Zoroastra księgi życiodawcze (Zę=daszta), alboż to rudera Babilońskie, pomniki Dariusza, szczątki Parsa=hrada (Persepolis) pokryte pismami klinowatymi, nie zawierają dosyć jeszcze zrozumiałą słowiańszczyznę? Anglicy, Francuzy i Niemcy patrzą na to, jak kozioł na wodę. Nam Słowianom tylko rzeczy te zostawione są do badania i wierzaj mi Pan, że dojdziemy do celu jeśli tylko dzieci i wnuki nasze (to jest Pańskie i moje) zechcą wstępować w nasze ślady![…]”
Dzieci i wnuki jednak drogą pana Tadeusza nie poszły… Nie chcieli go słuchać i współcześni, gdy dowodził, że język etruski to nic innego jak zniekształcona mowa rosyjska. To niezwykle, ale jednak nie uznane przez świat naukowy spostrzeżenie, pozwoliło mu stwierdzić, że król Popiel (w którego istnienie rzecz jasna Wolański nie wątpił) przybył do Polski z Rzymu. Nasz badacz miał także odkryć rzymskie epitafium z I w. n. e. wystawione niejakiemu "Awiłłowi Leszkowi", w którym i dziś różni słowianofile widzą naszego rodaka.
Z resztą zerknijmy na przykład  rozumowania Wolańskiego, które odnosi się do interesującej nas kwestii śladów pogaństwa nad Gopłem. Inspiracja stał się dla niego obraz wiszący ongiś w kruszwickiej Kolegiacie oraz swastyka wyryta na północnej ścianie budowli.

Źródło: http://poselska.nazwa.pl/wieczorna2/historia-nowozytna/tadeusz-wolanski-o-zburzeniu-kruszwickich-balwanow
Nie trzeba być Einsteinem, aby domyśleć się, że słynne maski z inowrocławskiego kościoła Ruina, to zdaniem Wolańskiego także pogańskie pomniki.
Nasz historyk pozostawił po sobie niezwykle ciekawe zbiory starożytności, ale późniejsi badacze podchodzili do nich z niekłamaną rezerwą, widząc wśród nich liczne falsyfikaty i jarmarczne bibeloty (krytykował je chociażby Józef Ignacy Kraszewski). Trzeba jednak oddać Wolańskiemu sprawiedliwość jako numizmatykowi. Jego zbiory monet i poświęcone im opracowania były pionierskie dla tej dziedziny. "Pan na Wróblach" posiadał także liczną kolekcję muszli, minerałów, motyli i wypchanych ptaków.
Wolański w chwili obecnej ceniony jest zwłaszcza w Rosji, która wydaje ponownie jego zapomniane w rodzimym kraju książki. Wszak nie od dziś Moskwa stara się udowodnić, że jest „Trzecim Rzymem”. Wolański nie krył swojej sympatii do panslawizmu i pogaństwa, toteż i dziś w obu tych środowiskach cieszy się poważaniem.
Jakim ziemianinem był pan Tadeusz? Informacji na ten temat zachowało się niewiele. Z pewnością Wolański miał bardzo dobre relacje z dziedzicami Konar, u których dzieci był ojcem chrzestnym. Najtrwalszym śladem po jego bytności w naszej okolicy są jednak Wolany. To właśnie od imienia dzielnego dziwaka wzięły one swoją nazwę. Wieś wydzielono z Wróbli w połowie XIX wieku, głównie nastawiając ją na prace związane z wyrębem drzewa. Dziedzic był tak dumny z ufundowania przez siebie nowej osady, że w swoich późniejszych dziełach podpisywał się „Thadeus Freud von Wolan Wolański”.
Nasz bohater zmarł 16 lutego 1865 roku w Ryńsku pod Wąbrzeźnem. Wcześniej zdążył przekazać majątek we Wróblach w ręce syna Juliusza, który zapewne otrzymał imię na cześć słynnego rzymskiego wodza. Jego żoną była Maria de Pruskie. Syn Tadeusza nie radził sobie z gospodarowaniem na majątku. Dość szybko zabrakło mu pieniędzy i został zmuszony do sprzedania folwarku. Zapoczątkował tym samym czarną serię bankructw, która będzie wisiała nad obszarem dworskim Wróble właściwie do końca jego istnienia. 
 

Z twórczością Wolańskiego można zapoznać się, klikając w poniższe linki:




sobota, 29 października 2016

Porucznik Marian Kępski- nauczyciel, żołnierz, ojciec rodziny, bohater

Marian Kępski urodził się 21 listopada 1912 roku w Chełmcach. Był najmłodszym z jedenaściorga dzieci Ignacego i Marianny z domu Groblewskiej.  Rodzina Kępskich od pokoleń zamieszkuje w tej miejscowości. Na cmentarzu parafialnym do tej pory zachowała się mogiła Wawrzyńca i Anny- pierwszych udokumentowanych przedstawicieli tej rodziny zamieszkujących Chełmce.
Nie wiele wiadomo o najmłodszych latach przyszłego więźnia obozu w Kozielsku. Pewne jest, że podstawowe wykształcenie nabył w rodzinnej miejscowości, a od 1927 uczęszczał do Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego w Bydgoszczy. Szkołę tę ukończył z wynikiem bardzo dobrym w 1932 roku. Uzyskał prawo nauczania w szkołach powszechnych (odpowiednik dzisiejszej szkoły podstawowej) państwowych oraz prywatnych. Nie podjął jednak pracy w szkole od razu. W latach 1932-33 odbył kurs dla podchorążych rezerwy w 59 Pułku Piechoty w Inowrocławiu.
Dyplom ukończenia Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego w Bydgoszczy
W latach 1934-35 uczył w szkole w Chełmcach. Pewne jest, iż nauczał muzyki. Ponadto zgodnie z relacjami żyjących do tej pory byłych uczniów (relacja Jana Skowrona z Chełmc) Marian Kępski uczył także matematyki. Jak twierdzi członek rodziny Kępskich- Jerzy, Marian był bardzo umuzykalniony, grał m.in. na skrzypcach. Ponadto prowadził też chór parafialny w Chełmcach. W tym samym okresie Marian Kępski odbył także kolejne szkolenie wojskowe- po 30 dniowym szkoleniu w 1935 roku uzyskał awans na sierżanta podchorążego rezerwy.
Rok szkolny 1935-36 Marian Kępski przepracował w szkole powszechnej w Młynach koło Strzelna. Następnie skorzystał z faktu, iż na Kresach Wschodnich II Rzeczpospolitej występował niedobór kadry nauczycielskiej i podjął pracę w szkole niedaleko Wilna. Tam poznał swoją przyszłą żonę- Helenę. W 1937 roku uzyskał ostatni za życia awans wojskowy- dosłużył się stopnia podporucznika rezerwy.
18 kwietnia 1938 roku Marian i Helena wzięli ślub, a ceremonia weselna miała miejsce
w Hotelu Szlacheckim w Wilnie. Na początku 1939 roku urodził się ich syn Tadeusz. Młoda rodzina nie nacieszyła się jednak swoją obecnością. W wyniku niepewnej sytuacji międzynarodowej Marian Kępski został zmobilizowany 

w Korpusie Ochrony Pogranicza- jednostce, która miała chronić wschodnią granicę II Rzeczpospolitej.
Marian Kępski wraz z żoną Heleną
1 września 1939 roku III Rzesza Adolfa Hitlera zaatakowała Polskę. 17 września bez wypowiedzenia wojny wschodnią granicę RP przekroczyła Armia Czerwona Związku Radzieckiego. W wyniku przygniatającej przewagi wroga armia polska poniosła klęskę. Marian Kępski jako oficer rezerwy trafił do obozu jenieckiego w Kozielsku jesienią 1939 roku. Na mocy decyzji najwyższych władz radzieckich z 5 marca 1940 roku na jeńców przetrzymywanych w obozach w Kozielsku, Starobielsku, Ostaszkowie wydany został wyrok śmierci. Więźniowie „Kozielska” przewożeni byli pociągiem, aż do miejscowości Gniezdowo pod Smoleńskiem. Następnie karetkami więziennymi „Czornyj Woron” (czarna wrona) zostali przetransportowaniu na uroczysko Kozie Góry w miejscowości Katyń. Tam strzałem w tył głowy zostali zamordowani. Marian Kępski został wysłany do Katynia 19 kwietnia 1940, tę datę uznajemy jako dzień jego śmierci.
W 1943 doszło do odkrycia masowych grobów w Katyniu i częściowej identyfikacji zwłok. Marian Kępski widniał na liście katyńskiej pod nazwiskiem Kenski. W 2000 roku w momencie otwarcia Polskiego Cmentarza Wojennego w Katyniu na grób ojca wybrał się syn Mariana- Tadeusz wraz z kuzynostwem. Jak wspomina było to dla niego bardzo silne przeżycie. W 2007 roku decyzją Ministra Obrony Narodowej Marian Kępski został pośmiertnie awansowany do stopnia porucznika.
Decyzja Ministra Obrony Narodowej z 2007 o pośmiertnym awansie Mariana Kępskiego na stopień porucznika WP

Materiały:
1.      Relacja ustna Tadeusza Kępskiego.
2.      Relacja ustna Jerzego Kępskiego.
3.      Materiały z prywatnych zbiorów obu Panów.
4.      Relacja ustna Jana Skowrona.

Bardzo serdecznie dziękuję rodzinie Kępskich za udostępnienie materiałów i poświęcony mi czas.




                                                                                                          Maciej Wasielewski

piątek, 14 października 2016

Historia Wróbli od XIV do XVI wieku


Pierwsza zachowana wzmianka o Wróblach pochodzi z czasów panowania Kazimierza Wielkiego, a konkretnie z roku 1351. Jest nim dokument, w którym archidiakon pomorski Jan oraz spokrewnieni z nim Walenty z Maszenic, jego pięć sióstr i „dwóch dziedziców Wróbli” starają się o odzyskanie wsi Bazyliszewo (dziś Baśkowo), którą pół wieku wcześniej przekazano biskupowi włocławskiemu. Kim byli tajemniczy dziedzice wsi? Choć nie znamy ich imion, to jednak wiele wskazuje na to, że należeli oni do znamienitego rodu Doliwów, który współpracował z „księciem niezłomnym” - Władysławem Łokietkiem w trudnym dziele jednoczenia ziem polskich.
Skoro dokument mówi o dziedzicach, nie trudno domyśleć się, że przynajmniej jedno pokolenie wcześniej wieś musiała już istnieć i mieć swojego właściciela. Ze wspomnianego dokumentu warto zapamiętać jeszcze dwie kwestie, które pozwolą nam lepiej zrozumieć dalsze dzieje miejscowości. Po pierwsze odnotujmy, że ma ona dwóch panów; po drugie zapamiętajmy, że jedna rodzina ma i Wróble, i Maszenice.
Kolejną informację o wsi znajdujemy w roku 1357. Wynika z niej, że wieś należała do rycerza Falimira. Jego imię (równoznaczne z późniejszym Chwalimirem) oznaczało osobę, która miłuje pokój. Czy był on jednym ze wspomnianych już dziedziców wsi czy już ich następcą? Tego już się raczej nie dowiemy.
Obie wzmianki informują nas, że Wróble już w XIV wieku znajdowały się w rękach prywatnych, co w rejonie nadgoplańskim było dość rzadkie (większość wsi należała do biskupa włocławskiego). Wiemy też, że mieszkańcy wsi uczęszczali na nabożeństwa do kruszwickiej Kolegiaty, na której rzecz świadczyli także dziesięcinę.

Prawdopodobnie w 1382 roku Wróble padły ofiarą wojny domowej. Było to starcie dwóch potężnych rodów – Grzymalitów i Nałęczów, które spierały się o obsadzenie tronu po śmierci Ludwika Węgierskiego. Ówczesny kronikarz Jan z Czarnkowa odnotował, że „po spustoszeniu pewnych wsi koło Kruszwicy, wojsko Domarata (jednego z przywódców Grzymalitów – dop. DR) powracało do Żnina, część jego, mianowicie czterdziestu pięciu kopijników oddzieliło się i poszło na Piaski, majętność kościoła kruszwickiego, i złupiło ją wraz z całą okolicą”. Możemy więc domniemywać, że i osada Falimira nie uszła cało z konfliktu.


Na kolejną wzmiankę o wsi natrafiamy dopiero w wieku XVI, kiedy wieś należała do Maszeńskich. Nazwisko to występuje w tym samym czasie także w Maszenicach, co po raz kolejny potwierdzałoby, że właściciele tej wsi byli jakoś rodowo powiązani z posiadaczami Wróbli.
Kim byli Maszeńscy z Wróbli? O tym po części wspominają źródła. Najlepiej powodziło się Piotrowi, który posiadał dwa łany ziemi (ok. 32 ha) i jedną zagrodę. Noszący to samo nazwisko Wawrzyn i Szymon mieli po pół łana ziemi. Obok nich mieszkał niemniej liczny ród Dorzów składający się z rodzin Stanisława, Feliksa, Wawrzyna i Wiktora. O trzech ostatnich wiemy, że pracowali na 8 hektarach ziemi. 
W 1557 roku gospodarstwo Stanisława Dorza kupił szlachcic Niemojewski z Niemojewa. Niestety, dość trudno ustalić, z którym przedstawicielem tego znaczącego rodu mamy do czynienia. Być może swoją posiadłość we Wróblach zdecydował się mieć Jan – słynny przywódca reformacji religijnej? Zasłynął on jednak tym, że na początku lat 60. zrezygnował z dóbr materialnych i całkowicie poświęcił się rozwojowi swojego zboru oraz zajadłej walce z papiestwem. Bardziej prawdopodobne, że nabywcą posiadłości był Wojciech Niemojewski, który dzierżył w tym czasie Niemojewo oraz pobliską Wróblom Górę (z zachowanych zapisków możemy się dowiedzieć, że przekształcono wtedy miejscowy kościół na protestancki zbór). Niezależnie, który z przedstawicieli rodziny posiadał Wróble, jedno nie podlega dyskusji – Niemojewscy w miejscowości nie zabawili zbyt długo. Z resztą, dalszy bieg tej opowieści pokaże, że nie byli wyjątkiem.


Nie uprzedzając jednak biegu wypadków trzeba dodać, że druga część wsi nadal pozostaje w ręku Maszeńskich. Pod rokiem 1588 odnajdujemy informację pozwalającą nam na poznanie kolejnego przedstawiciela tego rodu - Mikołaja. Dokonał on „oprawienia posagu” swojej żony  Anny Siąskiej. Dzięki tej „ówczesnej polisie” mogła ona po  śmierci Mikołaja czerpać część dochodów z Wróbli i Maszenic.
Na koniec warto dodać, że XVI wiek przynosi zmianę przynależności parafialnej Wróbli. Inwentarz dóbr biskupów włocławskich z 1598 roku zawiera krótką wzmiankę, że wieś wchodziła w skład parafii w Piaskach, choć zapewne stało się tak już w momencie budowy kościoła. W dokumentach ponownie podkreślono, że Wróble były wsią znajdującą się w rękach rycerza/szlachcica (nobilium), a kruszwiccy kanonicy pobierali z niej dziesięciny.

Artykuł stanowi fragment książki "Opowieść o wsi Wróble", ciąg dalszy nastąpi...

środa, 21 września 2016

O krzyżach i kapliczkach z Ireneuszem Gregowskim

Czasem są prawdziwymi dziełami sztuki, czasem mamy wrażenie, że widzieliśmy już setkę podobnych. Przydrożne krzyże i kapliczki, bo o nich mowa, wrosły w nasz krajobraz tak bardzo, że często nawet ich nie zauważamy. Na szczęście widzi je Pan Ireneusz Gregowski, który od blisko 10 lat przemierza powiat inowrocławski, aby uwiecznić za pomocą aparatu te niezwykłe przykłady ludowej pobożności. Na co dzień jego pracę możemy oglądać na facebookowym profilu Krzyże i Kapliczki Powiatu Inowrocławskiego, do którego odwiedzenia serdecznie zapraszamy. Podobnie jak i na rozmowę z Panem Ireneuszem o jego niecodziennej pasji.
Karczyn. Następca drewnianego krzyża wtopiony w Kujawski krajobraz. /2015/
Jak to się w ogóle w Pana przypadku zaczęło? Skąd pojawił się pomysł?
Zaczęło się od kupna najzwyklejszego cyfrowego aparatu. Fotografowałem to co najbliżej, to co wydaje się być najbardziej powszednie, i być może przez tę powszedniość nieczęsto było utrwalane na kliszach czy, później, kartach pamięci. Fotografowałem to co - tak mi się zdawało - czekało na swoje zdjęcie od dziesięciu, dwudziestu lat, albo od zawsze. To co sam chciałbym zobaczyć na zdjęciu z przed tych te paru dziesiątek lat. Z czasem temat fotografowania ukierunkował się na przydrożne (choć nie tylko przyrożne) krzyże i kapliczki. Rarytasami są dziś zdjęcia tych budowli zrobione przez pasjonatów w latach 90. ub. wieku, o starszych już nie wspominając. Dzisiejsza łatwość w dostępie do sprzętu fotograficznego i szerokie łamy internetu rozszerzyły zdecydowanie krąg zainteresowanych tematem i powaliły nie tylko na bieżącą prezentację swoich zbiorów, ale i możliwość natychmiastowej wymiany spostrzeżeń i doświadczeń. Zbiory obfotografowanych obiektów swoje miejsca znajdują też w coraz częstszych regionalnych opracowaniach wydawanych w formach coraz atrakcyjniejszych graficznie publikacji książkowych. Nasze czarnokujawskie przydroże w porównaniu z innymi regionami Polski (Warmia, Podlasie, góry) nie przyciąga może aż tak swoją wyjątkowością. Czy słusznie? Do tej pory nie poświęcono jemu jakichś obszerniejszych tekstów (najciekawszym, wydanym w formie książkowej, zdają się być "Kapliczki i figury przydrożne z okolic Inowrocławia" Edmunda Konieczki, wydane w 2006 r. w nakładzie 70 egzemplarzy). Nie wspomniano o jego, często tragicznych, losach. I to są, myślę, powody żeby oddać się sprawie. Granice mojego fotografowania równają się granicom powiatu inowrocławskiego. Pozornie to niezbyt duży teren, ale liczba blisko pięciuset krzyży, kapliczek i figur postawionych w jego granicach stanowi spore wyzwanie. A to moje wyzwanie to skatalogować, czyli sfotografować i opisać choć skromnym zdaniem, te wszystkie przydrożne oznaki katolickiej wiary.
Bliźniacze kapliczki z sąsiadujących ze sobą wsi: Słońska, Balina i Latkowa (pierwsza z prawej - nieistniejąca już kapliczka z Balina)
Z pewnością musi się Pan spieszyć - część miejsc odchodzi powoli w zapomnienie...
Słowa Zygmunta Glogera - historyka i krajoznawcy - wypowiedziane ponad wiek temu mogą być mottem tego przedsięwzięcia: "stare te zabytki wiejskiej sztuki i budownictwa giną z rokiem każdym i przyjdą czasy, w których z powodu samej starości zanikną zupełnie. Dopóki więc istnieją tu i ówdzie, choć nie zawsze piękne lub ciekawe, ale zawsze dające obraz miejscowej kultury, powinny być ołówkiem lub fotografią odtworzone i zebrane z całego kraju".
W czasie mojego krótkiego, bo nie trwającego nawet dekadę fotografowania, pożegnałem już kilka kapliczek. W Gnojnie ząb czasu zniszczył drewnianego świątka wyrzeźbionego przez Stanisława Fijołka, w Balinie budowa obwodnicy zmusiła do przeprowadzki figurę Matki Bożej do nowej kapliczki (starej, ze względu na wiek, nie udało się przenieść w nowe miejsce), w okolicach Popowic starą, niezbyt ciekawą architektonicznie, acz tajemniczą kapliczkę zamieniono na Frasobliwego, który powstał spod dłuta rzeźbiarza Romana Kiełba.
Nieistniejąca kapliczka w okolicy wsi Popowice /2008/

 Nie do poznania, po ostatnich renowacjach, zmieniły się kapliczki w Sławęcinie i Łojewie, w zapomnienie poszła św. Barbara z Tuczna oraz ponad stuletni kamienny Jezus Chrystus z Grodztwa uszkodzony podczas wichrów przechodzących kilka lat temu przez Kujawy. Ale dla równowagi warto odnotować też nowe kapliczki i krzyże, jak chociażby te wzniesione w Kłopocie, przy remizie w Woli Wapowskiej, w Giżewie (d. Cykowo), w Marulewach czy krzyż w Gąskach.
Tuczno. Figurka św. Barbary wymieniona kilka lat temu na nowszą /2008/
 Czy działa Pan na podstawie jakiegoś ściśle określonego planu czy raczej zdjęcia wykonywane są "przy okazji"?
Na początku nasze wyprawy z aparatem (piszę "nasze" jako, że często towarzyszył mi w nich brat Mariusz) to były całodniowe przeczesywania terenów danej gminy. Takie pierwsze poszukiwanie odbyło się w lutym 2008 r. Objechaliśmy wówczas ważniejsze trakty gminy Rojewo, raczej nie zasięgając języka u mieszkańców, a fotografując jedynie to co postawiono przy samej drodze. Potem przyszedł czas na inne tereny. Wówczas katalog kapliczek rósł w błyskawicznym tempie. Później wyszukiwaliśmy te pominięte, ukryte w jakichś mało oczywistych punktach, o których istnieniu można było dowiedzieć się wyłącznie dzięki wskazówkom osób zamieszkujących w ich najbliższym sąsiedztwie.
Przypomina sobie Pan kapliczkę, która wyjątkowo dobrze się przed wszystkimi schowała? Do której najtrudniej było dotrzeć?
Najwięcej zachodu było przy próbie obfotografowania figurki Matki Bożej stojącej w Ostrowie Krzyckim. O jej istnieniu wiedziałem od Mamy, która w latach 50. XX wieku mieszkała w tej miejscowości. Potem tereny, na których stała figurka zamieniono na wojskowy poligon i tak jest do dzisiaj. Aby się tam dostać z aparatem trzeba uzyskać specjalne upoważnienie od dowódcy inowrocławskiej Brygady, a samo wejście na poligon i fotografowanie odbywa się pod czujnym okiem ochrony zamkniętego terenu. Tu nawiasem nadmienię, że podczas tego mojego - ogólnie mówiąc - zajmowania się kapliczkami trzy razy próbowałem nawiązać kontakt z poważnymi instytucjami: jedną z parafii, poważnym muzeum i jednostką wojskową. Tylko wojsko odpowiedziało na moje zapytanie... 
Sporo zachodu było też przy próbie sfotografowania krzyża stojącego na półwyspie Potrzymiech (niemal cudownie ocalałego z pożaru, który w 2012 r. nawiedził nadgoplańskie trzcinowiska). Jest to teren Nadgoplańskiego Parku Krajobrazowego i nie dość, że przejazd autem dozwolony jest tylko na pewnym odcinku, to ostatni etap (jakieś kilkaset metrów) trzeba pokonać przedzierając się przez bujne chaszcze szczelnie maskujące jakąś dawną drogę. Krzyż stoi na granicy powiatów inowrocławskiego i mogileńskiego.
Krzyż na półwyspie Potrzymiech. /2015/

Podobny dystans i w podobny sposób musiałem przebrnąć, aby sfotografować pozostałości po kapliczce stojącej na skraju Skotnik. Dużo trudności można napotkać też w dotarciu do krzyży, które są ostatnim znakiem wskazującym dawne cmentarze ewangelickie, żydowskie, wielowyznaniowe czy poepidemiczne, a których co najmniej kilkanaście można odszukać na terenie powiatu inowrocławskiego (m.in. w Brannie, Kołudzie Wielkiej, Rejnie). Zdarzało się, że wskazówki o istnieniu i możliwościach dotarcia do jakiejś nie odkrytej przeze mnie kapliczki znajdowałem na stronach internetowych osób bądź grup miłośników, które - podobnie jak ja - zatrzymują obraz z kapliczką w prostokącie zdjęcia.
Krzyż w okolicy wsi Rejna - pozostałość po cmentarzu poepidemicznym. /2014/
Czy spośród sfotografowanych przez Pana obiektów da się zauważyć jakieś zależności, np. czy w jednym miejscu dominują takie a nie inne formy kapliczek? Czy są jakieś zależności, które Pan podczas swoich działań zauważył?
Na szerszą skalę, myślę, że trudno mówić o jakimś kujawskim stylu. Podobieństwo niektórych kapliczek czy krzyży to prawdopodobnie rezultat pracy jednego budowniczego - murarza, stolarza, rzeźbiarza... Taki przypadek, najbardziej widoczny spotkać można we wsi Słońsko i jej okolicy. Stoi tam sześć ceglanych kapliczek pobudowanych według tego samego wzoru. Podobnie rzecz ma się niekiedy pośród krzyży, a przykład to chociażby metalowe krzyże stojące wzdłuż drogi między Rojewem a Jaksicami. Te znaki wiary mają już swoje lata. Inaczej to wygląda wśród najnowszych budowli. Tu raczej każdy idzie na oryginalną bezstylowość jeśli już mowa o samym schronieniu dla świątka. Świątek zaś, o ile nie jest wyrzeźbiony w drewnie przez ludowego twórcę (a to już niestety rzadkość), najczęściej kupowany jest u producenta figur sakralnych, m.in. w Nowej Soli. Przykłady takich postaci można zobaczyć m.in. w Kłopocie, Marulewach, Tucznie czy Tupadłach pod Inowrocławiem. Przez takie działania (zakupy) zdarza się spotykać w kapliczkach bądź na cokołach figury z tej samej formy odlewowej. Przykład to chociażby takie same postacie w Bachorcach, Grodztwie czy Miechowicach. To znak czasu, obrazek teraźniejszości. Staram się nie oceniać. Ocenią to może następne pokolenia, o ile coś im tam zostanie do oceny.
Marulewy. Kapliczka z figurą Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych wzniesiona w 2010 r. Każdego roku 24 maja pod kapliczką odbywa się odpust ku czci "mieszkanki". /2014/
Św. Florian postawiony w 2015 r. przy remizie OSP w Woli Wapowskiej. /2016/
 Kogo najczęściej możemy spotkać przy naszych drogach?
Nieco więcej niż połowę z ponad 450. budowli czarnokujawskiego sakralnego przydroża zajmują figury i kapliczki, reszta to krzyże. Wśród figur dominuje postać Matki Bożej, której to podobizna zamieszkuje ponad 150 kapliczek i monumentów. Najrzadsze to Matka Boża z De La Salette stojąca (wraz z Panem Jezusem) w Kruszy Zamkowej, ufundowana przez Zbigniewa Łuczaka w 2005 r., oraz spotkane dwa razy (w Dąbiu i Różniatach) Matki Boże Licheńskie.
Krusza Zamkowa. Kapliczka z wizerunkami Jezusa Miłosiernego i Matki Boskiej z La Salette objawiającej się dwojgu biednym dzieciom. /2016/
Figura Matki Bożej Licheńskiej z kapliczki w Różniatach. /2015/
 Jezusa Chrystusa można spotkać nieopodal dróg w ponad 50 miejscach. Święci zamieszkujący skraj drogi to m.in. Antoni (Glinno Wielkie, Gnojno, Jacewo, Liszkowo, Wróble), Jan Chrzciciel (Jankowo, Piaski), Józef z Dzieciątkiem (Kawęczyn, Kościelec, Nowy Dwór, Skotniki), Wawrzyniec (Janikowo-Ostrowo, Kościelec, Węgierce), Wojciech (Inowrocław /pomnik/ i Janikowo). Przy remizach można spotkań figury św. Floriana (Inowrocław /PSP/, Turzany, Witowice, Wola Wapowska), a w sąsiedztwie terenów leśnych i łownych wyrzeźbione w drewnie podobizny św. Huberta (Balczewo, Mierogoniewice, Wierzbiczany). Te najbardziej oryginalne, a raczej najrzadsze to figura św. Kazimierza (syna polskiego władcy Kaziemierza Jagiellończyka) stojąca w Pławinku, nowa św. Barbara mająca swoje miejsce w Tucznie, św. Krzysztof stojący przy kościele w Liszkowie, wyrzeźbiona w drewnie św. Kinga trzymająca w ręku makietę klasztoru (Szadłowice) i św. Maksymilian Kolbe postawiony przy wejściu na cmentarz w Polanowicach. Niewiele jest też Nepomuków, czyli figur św. Jana Nepomucena. Stoją one w sąsiedztwie kościołów w Gniewkowie, Kościelcu i Kruszwicy, a ich początki datuje się na drugą połowę XVIII wieku. Obok drewnianej figury św. Jana Chrzciciela stojącej w Piaskach mają one największą wartość zabytkową spośród figur umiejscowionych w krajobrazie powiatu inowrocławskiego. Warto jeszcze dodać, że w granicach powiatu można spotkać kapliczki "zawierające" więcej niż jednego świątka. Przykład to chociażby wspomniana kapliczka w Kruszy Zamkowej oraz kapliczka (bodajże najwyższa w powiecie) stojąca od 1927 r. w miejscowości Góry, którą zamieszkują Pan Jezus (II piętro) i Matka Boża (I piętro).
Wróble. Figura św. Antoniego z Dzieciątkiem postawiona przez mieszkańców w połowie lat 70. XX w. (w niedalekim sąsiedztwie miejsca gdzie stała figura zniszczona przez Niemców na początku II wojny światowej). /2016/
Piaski. XIX-wieczna drewniana figurka św. Jana Chrzciciela. /2014/
Góry. Piętrowa kapliczka z figurami Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Bożej Niepokalanej wzniesiona w 1927 r. przez mieszkańców ówczesnej gminy Góry - Stanisława Kmiecia i Władysława Siemińskiego. /2015/
Prawdziwą tragedią dla wielu krzyży i figur była II wojna światowa, gdy okupanci planowo likwidowali tego typu obiekty. Niejednokrotnie starano się temu zapobiec przechowując w jakiś sposób figury i krzyże w schowkach. Przypomina Pan sobie tego typu historie?
Przechowywano figury, które udało się zdemontować zanim zdążyli "zainteresować się" nimi hitlerowcy, jak i figury uszkodzone przez niszczycielskie działania najeźdźcy. Jedną z historii opowiedziała mi Anna Kempińska mieszkanka Nowego Dworu w gminie Dąbrowa Biskupia. Tam, podobnie jak niemal we wszystkich miejscowościach dzisiejszego powiatu inowrocławskiego, figura Pana Jezusa stała do początków II wojny światowej. Tuż po rozpoczęciu działań wojennych hitlerowcy przy pomocy granatów wysadzili przydrożny monument. Wówczas, pod osłoną nocy, narażając swoje życie, Franciszek Bolewski wraz z synem Stanisławem (mieszkańcy tej leśnej wsi) zebrali zgruzowane szczątki i zakopali opodal swojego domostwa. Na "odkrycie" zniszczona figura (a przynajmniej jej najobszerniejsze części) czekała ponad 60 lat. Na początku XXI w. wiadomość o zakopanych elementach dotarła do uszu pani Anny. Odbyła się akcja podczas której figura (głowa oraz tułów okryty płaszczem) została odkopana i przewieziona na teren posesji córki Józefa Kempińskiego - znanego artysty malarza.

Głowa Pana Jezusa oraz tułów (w tle) - pozostałości po przydrożnej figurze z Nowego Dworu. /2014/
Podobna historia miała miejsce w Gniewkowie. Figura Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus stała na skwerze zwanym "Boża Męką" przy skrzyżowaniu ulic Zajeziernej i Toruńskiej. Została zniszczona przez miejscowych Niemców we wrześniu 1939 r. Przez blisko 60 lat była przechowywana przez rodzinę Nowackich. Figura zachowała się w postaci osiemnastu luźnych skorup z rozległymi ubytkami. Przeniesiona do kościoła farnego, po konserwacji w 2003 r., umieszczona została we wnęce na zewnątrz kościoła pw. św. Mikołaja i św. Konstancji. Rekonstrukcję po wojennej zawierusze musiała przejść również figura św. Józefa z Dzieciątkiem stojąca w Skotnikach. Została ona ufundowana przez dziedziców Grabskich - ówczesnych właścicieli majątku. Jak relacjonują państwo Przybylscy - obecni właściciele pola na którym stoi postument - w trakcie wojny Niemcy odstrzelili główkę Pana Jezusa. Przybylscy długo zastanawiali się jak ją zrekonstruować. W końcu wpadli na pomysł, aby do rekonstrukcji wykorzystać... głowę lalki.
Rzepowo. Figura Pana Jezusa odnaleziona po 45 latach podczas prac melioracyjnych. /2016/
Skotniki. Figura św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus. /2008/
 Przy okazji fotografowania z pewnością pojawiły się jakieś inne ciekawe historie związane z danym obiektem. Które z nich najbardziej Panu zapadły w pamięć?
Było kilkanaście takich historii. Jedną przedstawił mi Andrzej Gawroński - syn Stanisława, budowniczego kapliczki stojącej na granicy wsi Ludwiniec i Radłowo. Mówił: "W 1992 r. rozpoczęła się poważna choroba ojca. Dwa lata później, w czasie pobytu w szpitalu, ojciec pomyślał o postawieniu figurki, o której wybudowaniu już w latach 60. mówiła jego matka Agnieszka. Po powrocie z leczenia (zaleczania) wziął się do pracy. Był murarzem samoukiem, a głównym budulcem przy stawianiu kapliczki był kamień zebrany z okolicznych pól i gruntowych dróg. Samą figurkę Matki Bożej przywiózł (w dwóch "podejściach", bo za pierwszym razem figurka pokruszyła się w czasie podróży) z Częstochowy... W czasie gdy ojciec pracował przy kapliczce podeszła do niego kobieta. Cała była ubrana na biało - mówił syn Stanisława, który pomagał w budowlanych pracach. - Spytała o intencję budowy. Ojciec odpowiedział, że nie ma jakiejś konkretnej, na co kobieta delikatnie uśmiechnęła się i powiedziała, że zostanie tu jeszcze przez chwilę i pomodli się. Kiedy odeszła i w jakim kierunku - ojciec nie zauważył. Przy następnym pobycie w szpitalu prześwietlenie nie pokazało żadnych zmian chorobowych...".
Radłowo / Ludwiniec. Kapliczka postawiona w 1992 r. przez Stanisława Gawrońskiego. /2008/
Inną, odmienną historię, opowiedział mi Piotr Rydzkowski - leśniczy w miejscowości Rejna - na temat drewnianej figurki wyrzeźbionej przez Krzysztofa Wojciechowskiego: "Jakiś czas po uroczystym poświęceniu kapliczka zniknęła ze spiralnej kolumny. Miała trafić - jak to sobie obmyślił złodziej, liczący na pokaźną finansową korzyść - do sąsiedniej parafii. Okazało się jednak, że ksiądz, do którego zgłosił się "artysta z towarem", całkiem niedawno czytał w gminnym "Dąbrowianinie" artykuł i przeglądał zdjęcia kapliczki wzniesionej w lasach Rejny..." .
O dziękczynnym wymiarze figury opowiedziano mi w Popowie: "Postawił ją ówczesny zarządca majątku Trzcińskich - nijaki Zieliński - jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, jako wotum dziękczynne za doczekanie się upragnionego potomstwa (córki)." Jak mówił mieszkaniec Popowa - p. Cylke - pani, której "dotyczyła" figura, zajmowała się architekturą, biorąc m.in. udział projektowaniu i budowie licheńskiej bazyliki...
Popowo. Figura dziękczynna za doczekanie upragnionego potomstwa. /2008/
Swoją smutną historię ma niszczejąca, opuszczona kapliczka stojąca na skraju Skotnik. Nie zachowała się ani postać Matki Bożej z cokolikiem, ani tablica pamiątkowa fundatora. Wyrwa w dolnej części budowli to według mieszkańców okolicznych domostw "skutki" krążącej po okolicy legendy, mówiącej o tym, że podczas stawiania kapliczki w jej wnętrzu zamurowano skarb (złoto)...
Nieodosobnionym przypadkiem jest opowieść Ryszarda Zielińskiego nt. kapliczki w Orłowie. W 1940 r. Jan i Marianna Zielińscy (dziadkowie p. Ryszarda) wraz z dwójką dzieci zostali wysiedleni przez Niemców z Orłowa do wsi Kulczyn na Lubelszczyźnie. Tam, z tęsknoty za rodzinnymi stronami, postanowili, że jeśli uda się im wrócić na ojcowiznę to w podziękowaniu za opiekę Opatrzności Bożej postawią kapliczkę… Do Orłowa Zielińscy wrócili w kwietniu 1945 r. Rok później stanęła kapliczka. W podziękowaniu za ocalenie wzniesiono też jedną z kapliczek w Słońsku. Postawił ją Kazimierz Kędzierski w dziękując w ten sposób za ocalenie żony - Cecylii Kędzierskiej. - Dała Żydówce ziemniaka... - mówiła mi Grażyna Pawłowska (wnuczka, dzisiejsza opiekunka kapliczki) przypominając historię krążącą w rodzinie. - Dziadkowi udało się w jakiś sposób przekonać hitlerowców i babcia wróciła do domu. Do budowy kapliczki wykorzystano cegły z budynków, które stały na terenie inowrocławskiego lotniska, a w których Niemcy, a wcześniej również i Polacy hodowali króliki. Podobno sierść królików w czasie wojny wykorzystywano do budowy bomb lotniczych... - wspominała.

Wykorzystane zdjęcia wraz z podpisami zostały nadesłane przez p. Ireneusza. Całą kolekcję można oglądać TUTAJ.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Gustaw i koledzy, czyli wiatraki w Chrośnie

Gustaw, bo takie imię nosi chrośnieński wiatrak, nie był jedynym, który stanął w tej miejscowości.

Jeszcze po wojnie wieś posiadała trzy młyny wiatrowe. Jeden z nich znajdował się w okolicach nieczynnej już stacji kolejowej Lachmirowice (to nadal grunty Chrosna). Jego właścicielem była rodzina Nalewajów. Ze względu na konstrukcję wiatrak był typowym koźlakiem, tzn. jego dolna część była wyłączona z użytkowania, gdyż znajdował się tutaj kozioł, czyli oś wokół której młyn można było obrócić. Obiekt rozebrano w latach 60. XX w.





Z kolei na wjeździe do wsi stał paltrak, własność rodziny Smól. W stosunku do koźlaka była to konstrukcja znacznie bardziej stabilna. Paltrak posiadał u swej podstawy okrągłą prowadnicę, która w połączeniu z rolkami przymocowanymi do konstrukcji, umożliwiała ustawianie wiatraka z wykorzystaniem znacznie mniejszych sił. Przy okazji więcej miejsca w budowli można było przeznaczyć na przestrzeń roboczą. Być może dlatego właśnie ten wiatrak mielił nie tylko mąkę, ale znalazło się przy nim miejsce i na kaszownik.
Po śmierci młynarza Tomasza Smóla, wdowa po nim była zmuszona zamknąć młyn, chociaż znajdował się wówczas jeszcze w dobrym stanie technicznym. Była to połowa lat 60. XX wieku. Obiekt opustoszał, stał się miejscem wieczornych spotkań, zdarzało się, że ktoś udawał w nim także ducha :) Podczas rozbiórki obiektu, zdecydowano, że jeden z kamieni młyńskich nada się na fundament odrestaurowywanej w latach 70. figury i rzeczywiście – stoi ona na nim po dziś dzień.

Oba obiekty mają z pewnością XIX-wieczny rodowód, bo odnajdujemy je na mapach z końca tego stulecia.

Cóż z kolei z samym Gustawem? Zagadek co do jego wieku jest pełno. Najstarsza część, czyli kozioł ma pochodzić z 1634 roku. Tak przynajmniej wskazują dokumenty z inwentaryzacji przeprowadzonej w latach 60. XX w.. Wbrew pozorom jest to wielce prawdopodobne – wtórne wykorzystywanie elementów budowli nie jest wynalazkiem współczesnych majsterowiczów. Na kole palecznym odnajdziemy z kolei informację, że pochodzi ono z roku 1857. I zapewne od tego czasu, Gustaw stoi w Chrośnie bez większych przeróbek.

Młyny wiatrowe pełniły kiedyś bardzo specyficzną rolę. Na wsi, gdzie korzystano z dość prostych narzędzi, jawiły się jako miejsca technicznie zaawansowane, a przez to i tajemnicze. Wiatrak właściwie żył własnym życiem – każdy miał swoje imię, często znane jedynie właścicielowi. Sami młynarze mieli też w zwyczaju rozmawiać z młynem. Ową tajemniczość widać dość mocno w folklorze, gdzie częstym współpracownikiem młynarza bywał diabeł.

Czy tak było w wypadku chrośnieńskiego zabytku? Tego się raczej nie dowiemy, bo wiatrak uparcie od wielu lat już milczy. Wiemy, że w okresie międzywojennym stanowił własność rodziny Kruszczyńskich. Wiemy także, że w czasie okupacji mieloną tutaj mąkę, pakowano do wagonów przy pobliskiej stacji Lachmirowice i wywożono ją w głąb Rzeszy.
Imię Gustaw wiatrak odziedziczył od nazwiska ostatniego właściciela Kazimierza Gustawa (jego ojciec, nazywający się identycznie, także parał się młynarstwem). Znali się oni na swoim fachu jak mało kto - liczne są opowieści o tym jak z ruchu chmur czy kierunku wiatru potrafili przewidzieć pogodę. I tak to się wszystko kręciło jak owe śmigi wiatraka do początku lat 70., gdy w powszechnym użyciu wielkich zakładów stały się młyny elektryczne, a w wiejskich gospodarstwach – śrutowniki.
Równie dobrze chrośnieński Gustaw mógł nazywać się Antek. Wszystko za sprawą ekranizacji noweli Prusa, do której zdjęcia przeprowadzano latem 1970 roku m.in. w Chrośnie. Ekipa filmowa spędziła we wsi blisko dwa tygodnie. Na potrzeby produkcji usypano niewielki pagórek (jak pamiętamy z lektury za nim miał się wiatrak znajdować), od miejscowych gospodarzy nabyto także kilka rekwizytów, które w filmie zagrały.
Po wojnie, wiatrak przeszedł trzy poważniejsze remonty. Warte odnotowania jest, że jeden z nich finansowała Irena Dziedzic – znana prezenterka TVP, twórczyni pierwszego polskiego talk show „Tele Echo”. Podobno przejeżdżając obok Chrosna zauroczyła się obiektem i postanowiła go odnowić.
I dziś przydałaby się taka osoba, bo niestety z biegiem lat stan wiatraka ulega pogorszeniu. Obiekt trafił na listę zabytków, z kolei sam teren, na którym się wznosi jest dziś własnością gminy Kruszwica. Trwają prace nad znalezieniem firmy, która podoła remontowi obiektu zgodnie z wytycznymi konserwatora. 
Droga jeszcze daleka, ale dla Gustawa pojawiła się znowu nadzieja. Głupio byłoby przed historią, gdyby to właśnie nas i naszej obojętności wiatrak nie przetrwał...